piątek, 28 grudnia 2012

Powrót

Święta święta i... po wakacjach:p

Już jesteśmy na Irawyspie.

Rozpakowałam walizkę i plecaki, powiodłam okiem po zgliszczach: jeden kfiotek padł, rybki w jak najlepszym zdrowiu (hurrraaaa!!!!), podsuszone lekko towarzystwo roślinne jęczy nie co, ale generalnie nie najgorzej się ma (figa nawet wypuściła 5 listków, a kiedy wyjeżdżałam miała pączek na czubku, 2 pestki mango wypuszczają korzenie);)
Nic nie śmierdziało, jak weszliśmy, temperatura sięgała 16st wewnątrz i 10st na zewnątrz.
Jak wychodziliśmy z samolotu, to chyba było 12st co najmniej, bo musiałam sweter zdjąć. Krótki rękaw i na to kurtka zimowa w zupełności wystarczyły.

Samochód odpalił bez najmniejszego problemu (hurrraaaa!!!! nr2) i pojechaliśmy do domu.

Olo zdrzemnął się w aucie, bo w samolocie jakoś tak nie miał ochoty, za to miał ochotę na siusianie i to w najmniej odpowiednim momencie!
Akurat nami trzęsło i bujało, więc kibel zamknęli do odwołania, a on po wydojeniu flaszki soku musiał koniecznie!!! No nic... flaszka pusta, dziecko na skraju rozpaczy... Matka wymyśliła... 'Lejesz do butelki' - odkręciłam tą butelkę, dziecko na baczność, gacie w dół i lał do flaszki, a że przy oknie siedzieliśmy, to chyba nikt nie widział (trochę niesmaczne, jakby nie patrzeć...). Nalał, zakręciłam, wywaliłam do wora, z którym przechodziła stewardessa zbierająca śmieci. Olo przyjął to do wiadomości normalnie, ja też i praktycznie wszyscy byli zadowoleni.
Za drugim razem lał na sedes samolotowy - ja nie wiem, że musiał akurat napić się za cały tydzień niepicia...

Nom, tyle zabawnych sytuacji;)

Piec gazowy zadziałał, więc robi się ciepło powoli, cała reszta działa, chata czeka na jutrzejszy przewrót do góry girami, bo trzeba posprzątać i wywalić to i owo.
Jutro psia przyjeżdża ze zgrEdem, za to Olo pojedzie z nim do babci na jakieś 3 dni (na 4 go nie puszczę za żadne skarby), więc będę mieć luz ze sprzątaniem i robieniem zakupów.

Jak chodzi o bagaż... no nie dałam rady się zapakować normalnie. Musiałam wysłać paczkę, a kolejna jeszcze dojdzie, bo po włożeniu flaszki amaretto, musiałam pozbyć się kilku innych, mniej potrzebnych pierdół;)

Chyba się cieszę, że już tu zlądowałam. Niby wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. A tak się jakoś składa, że do tego domu się przyzwyczaiłam na tyle, że czuję się jak u siebie. A dom rodzinny to dom rodzinny i takim pozostanie.
Mam nadzieję, że kiedyś będzie mi dane mieć naprawdę własny dom i wtedy wszelkie pierdółki osobiste z domu rodzinnego i obecnego pozbieram do kupy i prztransportuję do tego nowego, wymarzonego domu...

2013 roczek puka już do drzwi w zasadzie... Podsumowanie 2012r. może jednak następnym razem;)

5 komentarzy:

  1. znam problem siusiania butelkowego . Natomiast lotu samolotami nie znosi pierworodny,ponieważ zawsze bolą go uszy - i tak od maleńkości .

    Madzia tam dom Twój , gdzie serce Twoje ,a marzenia są po to żeby się spełniały - czego życzę z serca mego jedynego

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja cały czas, szukam swojego miejsca póki co to mój dom rodziny<3 jestem chora i się lenie:)

    OdpowiedzUsuń
  3. No tak. Pamiętam, że małe dzieci to tez problem z siku. Mój jeszcze na etapie pampera, ale niedługo trza wysadzac na nocnik.

    OdpowiedzUsuń
  4. Miłego zatem

    sikanie do butelki - cudne

    OdpowiedzUsuń