Lilypie Third Birthday tickers

Lilypie - Personal pictureLilypie Third Birthday tickers

środa, 15 lutego 2012

Przesyłka

I nadszedł ten dzień, kiedy do mych drzwi zapukał pan z wielkim pudełkiem. A w pudełku były 4 kolejne pudełka pełne tabletek - chyba 84 sztuki w każdym. I to ma być zapas na miesiąc tylko:O!!!
Na pudełku wzmianka, żeby brać jak zalecił lekarz, ale tak mniej więcej 4 piguły 3 razy dziennie:O
Kolejna chemiczna dawka. Na razie leżakuje w lodówce. W piątym tygodniu zacznę je brać, najprawdopodobniej. To jest to nowe lekarstwo na wira.
Po wczorajszym zastrzyku lekko mnie ciąpi łeb i mam ciut sztywny kark, ale innych skutków ubocznych brak, nareszcie. Dolega mi tylko ciągła senność i brak energii. Nie jest to jednak ten sam brak energii, co przed terapią - teraz kumuluje się w fizycznej części mnie, a przedtem obejmował także mózg i psyche.
Zauważyłam za to, że ciężko mi się skupić na jednej rzeczy i zaczynam kolejną, zanim skończę poprzednią. Takie lekkie adhd. Lekopochodne. Ciężko mi układać listę priorytetów właśnie z tego powodu.

Udało mi się wysłać mój pierwszy assignment z kursu foto i już dostałam odpowiedź od profesora. Hehe, dobrze facet kombinuje, że mam doświadczenie w tej działce;) Podobało mu się, jak do kolejnych zadań (a było ich 10!!!) dobierałam sprzęt i podałam też uzasadnienie, dlaczego właśnie taki a nie inny.
Mam kolejny moduł (czyli lekcję) na tapecie. Może po weekendzie będę w stanie wysłać assignement.
Prawdę mówiąc, chciałabym skończyć ten kurs jak najszybciej, bo za rogiem czeka kolejny i nie uśmiecha mi się robić dwóch na raz, właśnie przez ten problem z priotytetami:/

Genialne umysły myślą podobnie;) Zawsze uważałam, że "Ludzie nie wiedzą, czego chcą, dopóki im się tego nie pokaże", a szczególnie na Irawyspie nabiera to głębszego sensu (strasznie mały wybór w sklepach spożywczych nadal mi doskwiera i ilekroć jadę do PL, to mi dech zapiera i oczy wychodzą na wierzch - no i zawieszam się, bo mam problem z wyborem;p). Słowa Jabłuszkowego Guru oczywiście, bo nic innego nie czytuję ostatnio, tylko wymiennie magazyny foto, wykłady foto i biografią S.Jobsa.

Mój aparat niezmiennie mnie wkurza, szczególnie przy zmianie szkła na Sigmę i zdarzającą się zawiechę w czasie pracy między aparatem i tymże szkłem. Oryginalne szkła Canona nie dają takich rezultatów, no ale cóż. Pominę wątek wyłażącej paskudnej ziarnistości przy wysokich ISO, bo o tym od dawna trąbię. Ilość pikseli na matrycy też nie powala (i m.in. stąd ta ziarnistość przy wyższych ISO!!!!).
Z niecierpliwością czekam na kasę z odprawy, którą będę mogła zainwestować w nowy aparat i nowe szkła do niego. A potem resztę się dokupi. Czas zacząć się rozglądać za źródłem gotówki związanym z robieniem zdjęć. Hmm... Wciąż brakuje mi odwagi:/ Wciąż nie wiem, co się będzie działo, kiedy będę przyjmować ten nowy lek, bo że teraz nie doskwiera mi wiele efektów ubocznych, to nie znaczy, że cały czas tak będzie. Tfu, tfu...

Koniec mędzenia na dziś. Kluski, zwane szagówkami (kopytka innymi słowy) dzisiaj na obiad serwuję z gotowaną marchewką i sosikiem, mniam:)

piątek, 10 lutego 2012

...

Oj, dzieją się dziwne rzeczy. Zwolnienie lekarskie mam na kolejne prawie 2 tygodnie, a potem się będzie po prostu przedłużać.
Po drodze od lekarza natrafiłam na patrol policyjny - sprawdzali, czy kierowcy mają opłacony tax. Oczywiście, ja nie mam, bo mnie nie stać na ten luksus, ale chyba zacznie być, przymusowo, bo następnym razem jeszcze by mi skonfiskowali samochód i wlepili sporą sumkę do zapłacenia.
No więc się naprodukowałam przed panem policjantem, no i ten dal mi 20 dni na odnowienie taxu i poradził, żebym wpisała w papier okres nieużywania samochodu od momentu kupna do końca stycznia, hehehe:) I tym sposobem będę płacić podatek od lutego i bez żadnego płacenia w tył!:) Zaniosłam formularz na komendę i jakże się ucieszyłam, kiedy zobaczyłam tego samego policjanta:)))) Nie musiałam się tłumaczyć!!! Podpisał, podbił - a jaki był zadowolony, hehehe, pewnie dlatego, że tak szybko się pojawiłam:))) Jak dostanę wypłatę, to w zębach zaniosę urzędasom razem z tym formularzem i będę mieć już czyste sumienie, bo zastanawiałam się, jak to wszystko zorganizować. I już nie muszę się martwić!:)

Oczywiście, po drodze musiało się rozpadać. A ja musiałam odwiedzić kilka miejsc do tego, no i zaplanowałam sobie mały plener foto. No cóż, czasem trzeba coś poświęcić, więc i aparat i szkło ciutek zmokły, aczkolwiek niewiele i będzie dobrze;)

Kilka ptaszorów:


tu chyba jakieś zebranie miały


i tu też...


kaczuszka pani


i pan kaczuszka też był


a tutaj bernikla białolica i kaczki krzyżówki


Kiedyś miałam wrażenie, że bernikle należą do gęsi, ale nadal nie wiem. Wredne były w ich towarzystwie. Na wolności pewnie jest inaczej:)

Zmachałam się tym spacerkiem do miasta i z powrotem. Jeszcze do sklepu wpadłam, co by nie odpalać auta znowu, bo szkoda benzyny na te kilka sztuk zakupów.
Dowlokłam się jakoś do domu - wciąż padało - i ledwo wzięłam się za odpisywanie na maile, a tu kumpela do mnie wpadła zobaczyć, jak się czuję itp. Miło:)
I Rychu, superwisior do mnie dzwonił. I kilka innych koleżanek też napisało esa:) Od razu się człowiek czuje podbudowany bardziej;)
Ale od podbudowy do dobrego samopoczucia fizycznego daleka droga. Cienko dzisiaj się czuję, zmęczona strasznie i wszystko robię na jakieś pół gwizdka. Ale, jakiekolwiek nie byłyby skutki uboczne, to cieszę się, że już to leczenie zaczęłam i że, być może pozbędę się wira na zawsze!!!!:)

Schudłam 2kg od zeszłego tygodnia, a nie stosowałam żadnej diety i jadłam 3 posiłki dziennie plus jakieś jabłuszko tudzież inny owoc. Czyli normalnie. Nie wiem, może ta cała nadwaga to wina szwankującej wątroby? Bo słyszałam już takie teorie - tym bardziej, że się nigdy nie objadałam tłustym żarciem i jadłam normalne porcje.
Któregoś dnia chciałam zrobić kulki ryżowe z serem, ale wyszły mi kotlety, bo ryż był parboiled i się nie kleił. Ale były dobre. Z surówką marchewkowo-kapuścianą wtranżoliłam ze smakiem:)))


To żółte, to jajecznica z mikrofali. Lepsza niż z patelni, bo beztłuszczowa:)
A dzisiaj... nie wiem, może pyreczki i kalafior z bułką tartą? Brzmi fajnie;)

Wracam do mojego kursu foto. A tu stronka mojego profesora:)

czwartek, 9 lutego 2012

iGod of Apple(s)

Czytam i czytam i doczytać nie mogę:))) Gruba książka, 700 stron o kimś, kto był w zasadzie, neurotycznym tyranem i, potocznie mówiąc dup.kiem. Ale... no właśnie, jest to jedno wielkie ALE: stworzył elektroniczne zabawki, które pchnęły cały świat cyfrowy w nowym kierunku, o całe lata szybciej niż miałoby to miejsce bez niego.



Jak dla mnie, produkty Apple do produktów Microsoft/IBM są jak produkty japońskie do tych z byłego ZSRR:)))
Finezja, elegancja, prostota połączona z wyrafinowaniem to coś, co po prostu kocham. I nie dotyczy to tylko komputerów i innych elektronicznych gadżetów. Lubię japońszczyznę i lubię Japonię. Dużo czytałam na temat tego kraju swego czasu, uczyłam się japońskiego, a do dziś pozostał mi Zen i ubóstwienie finezji.
Czytając, zadziwia mnie, że posiadam cechy, które miał Jobs. Nie jestem neurotyczką ani tyranką (no może trochę tą ostatnią;p), ale mam z nim sporo cech wspólnych (mój minimalizm nie obejmuje książek, kwiatów i zwierząt, za to bez masy ciuchów mogę się obyć, bo to zbędny balast;p).
Zadziwiło mnie to, że pomimo studiowania buddyzmu Zen przez większość życia, ten pan nigdy nie rozwinął współczucia, cechy tak buddyjskiej, jak przypisywana chrześcijaństwu miłość. Zadziwiające, ponieważ współczucie rozwija się jakby samoistnie dzięki procesowi medytacji, a tą, jak wiem z książki, uprawiał Jobs codziennie, regularnie.
Mimo wszystkich wad nadal podziwiam faceta. Podziwiam też ludzi, którzy mieli z nim cierpliwość i nerwy pracować. Nie wiem, czy zniosłabym takiego szefa - prędzej wybuchałabym każdego dnia i stawiała się ostro - podobno doceniał taką postawę, więc może nie czułabym się tam najgorzej;p Ale gdybym była inżynierem IT (a nie jestem) i pracowała w Apple'u przy najnowszych projektach, to nie miałabym nic przeciwko wytężonej pracy, bo wiedziałabym, że to wszystko opłaci się w postaci już nawet nie finansowej, bo to się rozumie samo przez się, ale w satysfakcji, dumie z końcowego produktu itp.
Za całokształt bardzo dziękuję panu Jobsowi i jego ekipie - każdego dnia korzystam z ich produktów, każdego od ostatnich ponad 2 lat i jestem niezmiennie zadowolona z ich działania:) Mam nadzieję, że następca okaże się godnym swojej funkcji i oczekiwań w nim pokładanych przez 'fanów' firmy:)



No cóż, właśnie przez to chcę robić coś samodzielnie, coś co będzie perfekcyjne na 'wyjściu', nie chcę marnować zasobów na jakąś mierną robocinę, z miernymi efektami. Dość gó.wna w moim życiu. Kiedyś trzeba się zbuntować!
W ramach rozwoju kariery zapisałam się na kolejny kurs online, oczywiście że fotograficzny, co to za pytanie!;) Mam nadzieję, że dotrę do połowy tego kursu, gdy będę mogła zapisać się na mój kurs IT. Marzenia trzeba realizować, więc biorę się za rzeczoną realizację:)))

A co do leczenia - skutki uboczne rozwijają się w całej krasie. W tym tygodniu dopadły mnie: senność, zmęczenie, brak apetytu (nareszcie!!!), suchość w ustach, suchość skóry, a po zastrzyku ból głowy, sztywność karku, zimne kończyny i odczucie zimna w ogóle (w pokoju jest 22st! i nie grzeję bynajmniej w ciągu dnia). Na szczęście, obyło się bez gorączki!

niedziela, 5 lutego 2012

Energia i jej skutki

Całe zmęczenie odczuwane przez ostatnie 6-7 lat, a w szczególności od czasów ciąży, znika jakby ktoś mnie odczarował:))) Piękny efekt trucia organizmu lekami antywirusowymi:O

W związku z nadmiarem pomysłu i wystarczającą do ich realizacji energią, popełniłam dzisiaj barszczyk (Olkowi aż uszy się trzęsły, kiedy wciągał:D), chlebek na zakwasie (znów podobne proporcje i rodzaje mąki użyłam, więc skórka nareszcie chrupka jest, a nie twarda),


następnie, po położeniu Olka spać i skajpowaniu z Tatą, wzięłam się za jabłecznik, który mi chodził po głowie od dłuższego czasu, z powodu wekujących się jabłuszek z cynamonem i cukrem...
Oto przepis (mama mojego szwagra i moja siostra z niego korzystają również):


Kolejne składniki należy mieszać po kolei, a nie wszystkie naraz. Nie wiem, czy to ma na celu dokładniejsze zmieszanie składników itp., ale z punktu widzenia analityka to ma sens;)

Surowe ciast (można jeść, jeśli macie silne żołądki) na blasze wysmarowanej masełkiem:


Ciasto należy ponakłuwać widelcem, żeby powietrze dostało się równo wszędzie i ciasto się dopiekło. Spód placka.

Upieczony spód:


Po przestudzeniu nakładamy masę jabłkową i na to resztę ciasta (można włożyć do zamrażalnika, a potem zetrzeć na tarce i posypać jabłka) - ładujemy znów do pieca na jakieś 15 min (zależy od pieca).
I voila!:)))

Pozostało tylko posypanie cukrem pudrem, lub pomalowanie lukrem, wg uznania:)
Smacznego!:)

czwartek, 2 lutego 2012

A to popełniłam wieczorem:



Kokosanki!!!!:)) Jedne z moich ulubionych ciasteczek. Na jednym blogu znalazłam na pewnym blogu.
Oto przepis:
250g wiórków kokosowych
0,5 szkl. cukru (użyłam brązowego, stąd ten kolorek w surowych jeszcze ciasteczkach)
2 jajka
50g mąki
3-4 płaskie łyżeczki mąki
soda (użyłam proszku do pieczenia - 2 składniki, ale co tam, to samo w zasadzie), na czubeczek łyżeczki

Jajka utrzeć z cukrem, dodać roztopione i przestudzone masło, wymieszać z kokosem, mąką i sodą.
Formować kuleczki i układać na natłuszczonej blasze. Piec ok. 15min w 170-180st. (piekłam pod folią przez 25min w 160st, bo mój piekarnik jest nieprzewidywalny).
Delikatnie zdejmować z blachy po przestudzeniu - inaczej mogą się rozpaść, bo mają tendencję do przyklejania się do blachy, a są bardzo kruche.
Są tak złociutkie jak na zdjęciu:))) Nie będę wam zapodawać fotki rozgryzionej kokosanki, bo się zaślinicie po drugiej stronie ekranu;p Powiem tylko, że najlepsze są jeszcze ciepłe:)

Z frontu:
Zrobiłam sobie wolne od pracy. Dały o sobie znać kolejne skutki niepożądane w postaci totalnego zmęczenia - cud, że się zwlokłam z łóżka, żeby zadzwonić, że mnie nie będzie. Podejrzewam, że lepiej nie będzie, na pewno nie przez pierwsze tygodnie. Na szczęście, ból głowy odpuścił. Kolan też w końcu. W chwilowym przypływie energii popełniłam te kokosanki.
Cały dzień mam ochotę na coś słodkiego... To też dość niespotykane u mnie, bo moje dieta jest raczej prawidłowo skomponowana. Ale słucham swojego organizmu i nic na siłę.
Za to ząb nadal czeka na naprawę. Może mi się uda po wypłacie:/ Nawet do mojego dentysty nie mogę polecieć do PL, tylko muszę tutaj zabulić cholera wie jak dużo:/ I tak do polskiego specjalisty pójdę, bo dentyści tutejsi są różni różniści. Ewentualnie mógłby być 'dziki', ale takich tu jak na lekarstwo, nomen omen.

Koniec marudzenia na dziś:p

środa, 1 lutego 2012

.....

W kropce jestem - skutki uboczne interferonu dopadają mnie co kilka godzin. Paracetamol łagodzi je na kolejne 4 godziny, a potem znów 4 godziny bez wspomagania.
Nie chciało mi się jeść, więc na lunch zjadłam mandarynkę, jabłko i wypiłam actimela. A potem zrobiło mi się normalnie słabo, zero energii, bóle kolan, lekkie mięśniowe, ciąpienie w czaszce...
Wg danych, takie objawy mogą trwać od pierwszych kilku zastrzyków aż do końca 3 miesiąca. Masakra.
Spać też jest ciężko, bo dorwała mnie bezsenność po rybawirynie.
Nie wiem, czy mam iść do roboty czy nie. Owszem, mogę sobie sama usprawiedliwić do 3 dni pod rząd, a mój lekarz już wie o sprawie, więc nie powinnam mieć problemu z otrzymaniem papierka ze zwolnieniem lekarskim na dłuższy okres.

Ech, jak to Dosia zauważyła - 2 dni tego cholerstwa z głowy. Być może niecałe 28 tygodni zostało. Nie chcę myśleć, że aż 40 kilka...

Zmęczona jestem trochę, więc zalegnę z książką na kanapie na resztę wieczoru. Może jutro uda mi się pójść na jogę, zobaczymy.

wtorek, 31 stycznia 2012

Oko w oko z wrogiem i arsenałem

Więc... najstała wiekopomna chwila, jak mawia klasyk. No wiem przecież, że od więc się zdania nie zaczyna, ale jestem na swoim blogu i robię tu, co mi się żywnie podoba;p
Kilka osób prosiło o apdejcik, więc następuje:

Pojechałam do tego szpitala na 10.30. Odsiedziałam swoje w poczekalni. Interferon jechał w torbie z paczką mrożonek, bo musi być w lodówce non stop. Tabletki jechały sobie w pudełku aptecznym.

Pielęgniara - specjalistka, nazwijmy ją roboczo Bacha (od Barbary, a nie od Jana Sebastiana), objaśniła mi cały kurs leczenia, przyniosła 'nereczkę' z różnymi różnościami, przygotowała strzykawę z igłą (igiełka jest mała, a płynu jest zaledwie jakieś 5ml na oko chemika). Odkaziłam sobie to miejsce na brzuchu (w necie zalecają robić w uda, bo rzekomo są mniejsze skutki uboczne) i z pomocą wbiłam paskuda pod skórę, w tłuszcz na brzuchu - jest tego trochę i chyba to jest pierwszy raz, kiedy się cieszę, że jestem gruba!!!:))) Nie bolało. Uff...

Po ok.5 godzinach zaczęły się bóle pseudogrypowe, teraz mam już lekką gorączkę i telepało mną na tyle, że wzięłam paracetamol (ibuprofenu się nie zaleca ze względu na toksyczne oddziaływanie na wątrobę).
Po obiedzie, zaraz po ostatnim kęsie, wzięłam pierwszą pigułę. Na razie jest ok.Paracetamol zaczyna działać też. Znalazłam info na stronie http://www.prometeusze.pl/terapia_skojarzona.php o tym, że rybawirynę należy łykać ok. 15-20min po posiłku, żaby minimalizować skutki uboczne.
Za tydzień jadę tam znowu na badania krwi i tak już co tydzień będzie dopóki się wszystko nie ustabilizuję i wtedy Bachę będę widywać co 2 tygodnie.
Nie powiem, droga to podróż - godzina w jedną stronę, a jeszcze Olka musiałam odstawić do żłoba, co by mnie nie rozkojarzył w szpitalu, więc dodatkowe 40km przejechane.

Za 4 tygodnie, zrobią badanie krwi z oznaczaniem wiremii (jest niska, poniżej 0,5mln IU, więc trzymajcie kciuki, żeby gnoja nie wykryli wcale za te 4 tygodnie!), a jak będzie 0, to będziemy się wszyscy cieszyć, bo to bardzo dobrze rokuje. Wtedy też dołączą dodatkowy lek (darmowy!!!) boceprevir i miejmy nadzieję, bez wielkich skutków ubocznych uda mi się dotrwać do końca terapii.

Sęk w tym, że nie wiem, jakie mam geny. Jeśli jestem szczęściarą, to uda się pozbyć vira w ciągu 6 miesięcy... A jeśli mam debilną końcówkę genu, to leczenie będzie oporne:/ Szkoda, że nie robią testów genetycznych przed terapią, bo byłoby to zdrowsze dla wszystkich i oszczędzałoby pieniądze pacjentów, jak i ich zdrowie i nadzieje.

Wydałam wojnę virowi i niech się skur.wiel boi teraz, bo nie zapraszałam go do swojego organizmu!!!!

Z innej beczki:
Trafiłam na kanał z serialami. Oglądaliście 'Cudowne lata'? Chyba się starzeję, bo pamiętałam jeden odcinek, hehe:)))
Teraz leci 'Ojciec Mateusz' - polubiłam, mimo czarnosukienkowego wydźwięku.
Potem poleci 'Z Archiwum X' - ulubiony serial moich szczeniackich lat:))) Leży cały pakiet na półce z dvd, ale jakoś nie chce mi się oglądać w oryginale - mam na codzień angielski, to aż się chce własnego ojczystego języka posłuchać;)

Haha, Kelly woli mnie od byłego i właśnie się wyleguje przy mnie. Może czuje, że z panią nie jest wszystko ok.
Były jest. Obiad zrobił, zaproponował kupienie, czegokolwiek potrzebuję jutro... Nie wiem, czy coś knuje, czy to z dobrego serca (...raczej wątpliwe...).

niedziela, 29 stycznia 2012

Historia pewnego ciasta

Ponieważ jakiś czas temu miałam urodziny, więc dwie kumpele spadły do mnie na małą imprezkę w sobotę. Z okazji upiekłam ciasteczka cynamonowe, a może raczej bułki. Normalnie, zawsze wypiekały się na kolor złocisty, ale obecny piekarnik pali wszystko jak leci, co nie przeszkodziło w zachowaniu dobrego smaku ciasteczek:)

Ciasto:


Nadzienie:


Ciasto przed wypiekiem:


Lekko spalone ciasteczka:


Zrobiłam 3 błedy:
-do nadzienia stopiłam masło
-nie rozwałkowałam ciasta cieniej
nie przykryłam ciastek folią w piecu, żeby się nie spaliły.

Przepis pochodzi ze strony: http://www.goscinneprogi.pl/ku_bulka.html o ile dobrze pamiętam.

Popełniłam też kolejne 2 chlebki - tym razem dodałam mąki orkiszowej pełnoziarnistej i zwykłej pszennej poza żytnią pełnoziarnistą. Na razie chlebki dają się ścisnąć, więc chyba są dość miękkie. Są okrągłe - poprzednio były podłużne. Nie chcę kolejnego zęba rozwalić przez zbyt twardą skórkę:/

sobota, 28 stycznia 2012

A oto...

skur.wiel, z którym zacznę walkę we wtorek i nie mówię tu o antropomorficznym, zmaskulinizowanym ludziku, ale o tej najeżonej cholera-wie-czym kuli, która niszczy komórki wątroby (ale okazuje się, że do mózgu też przenika....).

Damn... Walka będzie nierówna (i jest), bo go nie widać...:p

piątek, 27 stycznia 2012

Z blogowni

Wybierz najbliżej leżącą Ciebie książkę.
Otwórz na stronie 45.
Pierwsze zdanie opisuje Twoje życie seksualne w 2012roku.
 
Otwarłam - ukazała mi się niezapisana strona między rozdziałami... To chyba wszystko mówi i, cóż wszystko też i tak wyjaśnia...:)))
A co wam wyszło?:)