sobota, 1 grudnia 2012

***

A dzisiaj będzie bez tytułu.

E tam, z mojego plany nici, bo nie wyobrażam sobie mieszkania w małym mieszkaniu w bloku na trzecim piętrze i to w PL, gdzie jest trudno wystartować z czymkolwiek.

Nie wiem, może kiedyś będzie mi dane wrócić tam i zamieszkać w jakimś małym domku z wielkim ogrodem i sadem za miastem. Po prostu nie wyobrażam już sobie życia w miejskim smrodzie, dobrze mi na tej prowincji, na której mieszkam. Nie jest mi dobrze pod względem towarzyskim, ale to też się zmieni, bo nic nie trwa wiecznie;)

Za to kiedy tylko wyląduje u mnie jedna płytka dvd, zaczynam ćwiczyć w systemie p90x.
Po zmianie wewnętrznej i dietetycznej czas na zmiany zewnętrzne;))) Pora pozbyć się tego nadmiaru tkanki tłuszczowej, który mi przeszkadza w życiu - na każdym kroku.

Czekam na pewien sprzęt i zapewne dotrze do mnie szybciej niż płyta, z tego co widzę.

Przejrzałam mnóstwo postów, filmów na tubie i komentarzy na forach, żeby dać się przekonać do tego systemu ćwiczeń.
Najważniejsze dla mnie jest to, że można wykonywać je w domu i poza własnym ciałem i właśnie tym sprzętem nie potrzeba w zasadzie niczego innego. Można nawet na boso ćwiczyć. Zasada jest prosta - godzinny trening codziennie, przez 6 dni, 7ego dnia można sobie zrobić przerwę lub porozciągać się.
Program trwa 90 dni i jest bardzo intensywny, a ja po całym dniu na owocach mam tyle energii, że nie wiem, co z nią zrobić, a wyjść i pobiegać nie mogę, bo młodego nie zostawię samego przecież (uprzedzam pytanie o sąsiadów - no nie mam takich, którzy chętnie popilnowaliby czyjegoś dziecka za free). Szukałam czegoś takiego bardzo długo i długo też czekałam na powrót energii. Wiem, że to nie jest jeszcze pełnia sił, ale mogę wspomóc mój organizm, dostarczając mu zdrowej aktywności fizycznej poza dobrym, zdrowym jedzeniem pełnym łatwo przyswajalnego paliwa dla mózgu i mięśni (od owoców się nie tyje - to jest mit przemysłu mięsnego, stworzony na potrzeby oligarchów, którzy muszą się wozić najnowszym modelem merca albo innego maybacha).

Z innej beczki.
W czwartek byłam na obiedzie z ludźmi ze starej firmy - koleżanka do mnie napisała jakiś miesiąc temu (już się umówiłyśmy na 'po świętach' na wypada do pubu albo kafejki, zależnie od tego, czy Olo będzie ze mną czy nie) z pytaniem, czy chciałabym się spotkać z ludźmi przy okazji właśnie tego obiadu, który był pożegnalnym dla ludzi odchodzących z powodu zwolnień grupowych. Nie byłam w stanie w kwietniu, to teraz sobie odbiłam.
Ponieważ powraca do mnie energia, to mogę również zacząć umawiać się ze znajomymi (za cholerę nie miałam siły na to w trakcie i zaraz po leczeniu, ale o tym wiecie doskonale), zacząć załatwiać sprawy z bardzo długiej listy spraw do załatwienia, które czekały na to od lutego (już większość jest załatwiona!!!:)).
Mieli dania wegetariańskie, więc zamówiłam takie z jak najmniejszą ilością pochodnych zwierzęcych, typu żółty ser czy jajka. Było to wszystko bardzo ciężkostrawne dla mnie, ale na codzień nie jadam takich rzeczy, więc raz można odpuścić w celach towarzyskich.

Jeśli chodzi o moją dietę obecnie, to śniadania mam dość monotematyczne - szejk bananowy (5-6 organicznych bananów + cynamon + imbir + szkl. wody źródlanej); banany muszą mieć czarne kropeczki na skórce i wtedy są dopiero dobre do jedzenia, więc sporo można dostać przecenionych w różnych marketach i wychodzi wtedy bardzo tanio.
Z obiadem różnie bywa, ale zazwyczaj znów owoce jednego rodzaju (po kilku dniach mieszania i rewolucji w przewodzie pokarmowym) nauczyłam się nie łączyć różnych owoców w jednym posiłku. Dobrze jest sobie zrobić kolejnego szejka z czymś zielonym (liście szpinaku, sałaty, kapusty, sok z trawy pszenicznej itp.) zamiast wgryzać się w owoce.

Na kolację jadam coś gotowanego lub podgrzanego (tortilla z mnóstwem warzyw surowych, zieleniny, hummusem to ostatni hit, tortilla pełnoziarnista oczywiście).

Jest mi zimno w kończyny, co jest typowym objawem oczyszczania się organizmu ze złogów (tak wyczytałam tu i ówdzie) i obniżaniem temperatury ciała (białe ciałka krwi nie muszą już zwalczać czegoś, co wydaje im się wrogiem najeżdżającym organizm - np. białka zwierzęce). Poza tym, mamy zimę już praktycznie, temp. nie przekracza 5st, słońce świeci od czasu do czasu.

Nie mogę doczekać się lotu do domu. Mam powyżej uszu siedzenia na tej zimnej i mokrej wyspie. Wygrzać się nie mogę (do sauny musiałabym codziennie chodzić, a nie mam za bardzo jak, przynajmniej na razie), dom, w którym mieszkam jest kiepsko izolowany jak 90% domów w tym kraju, więc nie przesadzam z ogrzewaniem.
Obiecałam sobie, że w przyszłym roku polecę się wygrzać na południe Europy. Nie wiem, jeszcze kiedy i z kim, ale zrobię to, bo mnie szlag trafia powoli....

7 komentarzy:

  1. A kiedy lecisz? pozdrawiam
    dziekuje za info w sprawie diety
    j

    OdpowiedzUsuń
  2. Jadzia - w przyszłym tygodniu mamy lot.

    OdpowiedzUsuń
  3. gdzie Ty mieszkasz w tej irlandii, jeśli dobrze zrozumiałam, jakby co to pisz na rennn@wp.pl może się poznamy, pogadamy...

    OdpowiedzUsuń
  4. Och Ty ciepłolubna Madzialeno! Zyczę zamieszkania na stałe gdzieś w okolicach malowniczego gaju oliwnego. Noooo, pod warunkiem, że nie zaskoczy na obiecywany z takim przekonaniem, koniec świata.


    Zaba

    OdpowiedzUsuń
  5. jestem , skomentuje potem...

    OdpowiedzUsuń
  6. Madzia znowu będę stała na dachu ze szmatą i machała od ciebie .Cieszę się ze tak energicznie dbasz o Siebie i ze nie folgujesz. To wszystko przyniesie efekty za niedługo.

    Smutne tło bloga ,oj smutne

    OdpowiedzUsuń
  7. Dosiu - tło takie, bo zimowe chciałam, a nie ma gotowców (własnego nie chce mi się robić); staram się dbać o siebie, bo nikt inny tego ani za mnie ani dla mnie nie zrobi, a jeszcze trochę muszę pożyć w tym ciele, więc chciałabym pożyć w dobrej kondycji;) Efekty powinny być po ok. miesiącu, ale program przewiduje 90 dni. Potem pewnie znów kolejne 90 na wariacji tego programu zrobię:)

    OdpowiedzUsuń