Tak sobie dzisiaj myślałam: wciąż sprzątam i sprzątam i wciąż mam bajzel... Nie sposób zapanować nad nim!
Za chwilę pozbywać się szkieł i naczyń, bo po jaką cholerę mi tyle kubków, kieliszków i innych badziewi, skoro każdy z 'innej parafii' i generalnie nie używam...
Do tego dochodzi ten nieszczęsny schowek... Już nie wiem, jak się mam za niego zabrać. W zasadzie mogłabym większość pierdół sprzedać. Zostałyby walizki, sprzęt foto, drabina (tak tak, moja własna) i odkurzacz (też mój), trochę samochodowych pierdół i narzędzia, no i maszyna do szycia.
Jest jeszcze pudło z ozdobami świątecznymi na różne okazje, ale po jakie licho mi tyle tego?!
W zasadzie, mogłabym się też pozbyć dvd i większości cd-ków... Dodatkowy dysk twardy i cała dyskografia w formacie mp3 et voila!
A z drugiej strony - trochę mi szkoda wywalać tyle muzyki.
Ciuchy mam poukładane i przebrane, więc nie mam już czego wywalać. Raczej wymienię na nowe, jak się nadarzy okazja.
Mój pęd do uporządkowania życia jest lekko hamowany przez huragan w postaci Olka śmigajacego po chacie od 8 rano do 7 wieczór. Nie da się równocześnie pozbywać pierdół z życia i pilnować małego zbója. Jeszcze miesiąc i będę mogła go wysłać kilka dni w tygodniu na 3 godziny do przedszkola, oczywiście nie za darmo...
A propos Maleństwa, to mam cały karton zabawek w przedziale 0-2 lat na sprzedarz, tylko muszę przejrzeć je dokładnie, niektóre pewnie umyć lub wyprać, do tego dochodzi paczka ciuchów, z których dawno wyrósł.
Czyli całkiem sporo do ogarnięcia. Może uda się zarobić na kilka przedszkolnych 'sesji'.
Udało mi się zrobić listę książek, których chcę się pozbyć - na razie wystawię na różnych 'ibejach', ale potem po prostu zostawię albo w bibliotece albo w sortowni surowców wtórnych.
Nadmiar rzeczy mnie męczy, przytłacza, nie tylko fizycznie, ale głównie mentalnie. Nie potrafię pozbyć się butów, których nie noszę od kilku lat. Bo ten chomiczy instynkt działa właśnie w tym przypadku (z torebkami mam podobnie).
Nie chcę żyć w ascetycznym pomieszczeniu. Lubię rośliny, pojedyncze pierdółki z podróży, zdjęcia, ale nie znoszę rzeczy zagracających moją przestrzeń, tylko dlatego, że były w tym mieszkaniu, a ja ich nie potrzebuję. Tu po prostu nie ma gdzie ich schować. Piwnice nie istnieją, a nie będę inwestować w szopę, która mogłaby stanąć na tarasie, bo to nie mój dom i nie zostanę tutaj na lata (no może na kilka, ale nie na kilkanaście...).
Kolejny punkt na liście spraw do załatwienia: własne lokum, w którym mogłabym mieć to, co mi się podoba, wysokiej jakości, a nie takiej, że aż oczy bolą!!! Kwestię pieniędzy pozostawiam Wszechświatowi do rozwiązania;)))
A nie w temacie - jutro mam tzw. doroczny photo walk w stolycy i muszę się zebrać wcześnie rano, żeby tam być przed 10. Mam nadzieję, że zgrEd dotrze na czas.
Oczywiście, że nie powiedziałam mu prawdy - wymyśliłby, że matka się źle czuje, bo nie chciałoby mu się wstawać wcześnie rano, jeśli w ogóle zjawiłby się... Powiedziałam, że mam egzamin z foto.
Cóż, jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie... On kłamie, że aż zęby bolą, więc dlaczego ja mam mówić prawdę? Tym bardziej, że nie obchodzi mnie kompletnie, co on myśli o mnie, co robi w wolnym czasie i czy kłamie nt. własnej matki. Kij mu w oko. Byle się zajął Olkiem tak, jak jest uzgodnione.
A ja wtedy zajmę się sobą, nareszcie, bo na codzień nie mam zbyt wiele czasu.
W zasadzie, mam tak niewiele czasu, że nie jestem w stanie nawet pomyśleć nad przyszłością, planami, skupić myśli w temacie codzienności... masakra. Nic się nie zmieniło od momentu, gdy przestałam pracować. Czuję się tak, jakbym pracowała nadal, tylko jako matka, w trybie 24/7 zazwyczaj. Zabawianie Olka, sprzątanie, spacery, gotowanie to nie jest odskocznia i przyjemność ale kolejna robota do wykonania. Wieczorem mam tyle czasu dla siebie ile miałam, kiedy pracowałam. Zmieniła się tylko godzina wstawania (ok. 8 rano), luksus 'jedzenia' śniadania bez pośpiechu. Piszę 'jedzenia', bo zazwyczaj w trakcie coś się dzieje - a to Olo chce do łazienki, a to wpada w stany histeryczne, bo auta nie chcą zawisnąć na krawędzi stołu, albo najlepiej w pionie, bo pies się wyrywa i mu zwiewa, bo to i tamto... Nie mogę się doczekać chwili, kiedy wyrośnie z tego durnego wieku! (Owszem, potem znów po roku zacznie się podobna tragedia, ale przynajmniej rok przerwy będzie pomiędzy, a zresztą, do szkoły już wtedy pójdzie i tam się będą z nim męczyć...).
Najlepszy wiek u dziecka to między rokiem i drugim rokiem życia (i nie zmienię tutaj zdania). Pomimo konieczności zmiany pieluch, dziecko jest na tyle zaabsorbowane otoczeniem, że nie trzeba się nadwerężać, żeby zająć mu czas.
A po drugim roku życia robi się tylko gorzej - jest wszędzie, ciągle coś chce, nadal nie chce jeść samodzielnie, dobrze, że chociaż pieluch się pozbył, ale nadal zdarza mu się walnąć w majty i jest za to dosłownie kupa brudnej roboty... Nie jest za duży na wózek, więc przez większość spaceru czapli tyłek zamiast hasać z psem, za to w chacie staje na głowie z nudów i nadmiaru energii...
Można nie zwariować tylko pod warunkiem, że damy na luz, nie poddamy się tyranii dwulatka i podejdziemy do jego zachowań z dystansem. Mówię szczerze - jest to cholernie trudne i nie zliczę już tych razów, kiedy zanim coś powiem skupiam się i głęboko oddycham, żeby nie wybuchnąć...
Gadałam dzisiaj z jedną starszą babką. Pytała o życie itp. Jak wróciłam do domu, to sobie pomyślałam, że mogłam dodać 'misery'. Fakt jest taki, że moje życie jest gówniane. Przez pół roku było kompletnie do bani, ale po zakończeniu tej cholernej terapii oczekiwałam zwrotu akcji, cudownego ozdrowienia i generalnie prezentu od losu w ramach zadośćuczynienia za popierdolone ostatnie 8 lat. Nic z tych rzeczy się nie stało. Tkwię w miejscu i nic się nie ruszy, jeśli ja sama nie ruszę tego życia z posad.
To jest tak jak z moją wątrobą - zablokowana energia, która nie chce się ruszyć z jakiejś przyczyny. Watrobę można naprawić - wystarczy zabieg akupunktury ('żółta kukiełka' pracuje w miasteczku), ale jak ruszyć resztę....?
No kochana, to mówisz, że w kwestii dziecięcego zwariowania najlepsze jeszcze przede mną. Na razie daje mi nieźle popalić. Lekko nie masz, ale jest trochu lepiej niz było. A to zawsze coś. Trzymaj się.
OdpowiedzUsuńOdnośnie chomiczego instynktu:
OdpowiedzUsuńGrażyna do Mamy: wywal już ten płaszcz, jest taki brzydki...
Mama: No co Ty! Kupiłam dopiero 2 lata temu!
Grażyna: No wywalaj! Jakiegoś dziada nosisz!
Mama: Na strychu mam jeszcze taki, co 30 lat temu w nim chodziłam jak byłam w ciąży! A Ty mi ten każesz wywalać!
:D
Pozdrawiam ;)
Ile bym nie oddawała na wystawki, niszczyła i wyrzucała, drobne przedmioty niekoniecznie użytkowe zagracają mój dom niemiłosiernie.I nic mi nie lepiej od tego, ze mam piwnice i strychy, hahahahahaha!
OdpowiedzUsuńOlo strasznie szybko rośnie i "starzeje się". Niedługo będzie sam sobie robił kanapki! Zobaczysz. Przełom jesienno zimowy nie jest najbardziej sprzyjająca pora a Ty musisz mieć trochę czasu, zeby sie pozbierac po tej końskiej kuracji.
Zaba
No to jesteśmy w tym samym miejscu. Cały czas się zastanawiam co zrobić by się wyspać, zjeść normalne śniadanie, jak to wszystko poskładać do kupy żeby był czas na wszystko a nie tylko na pracę i pogoń. Co bym dała za ciszę i spokój. Ech to takie zwykłe potrzeby zmęczonej kobiety Galex
OdpowiedzUsuń