Pogoda nie nastraja optymistycznie.
Kalkulacje na zimno również powodują wyciąganie pewnych wniosków.
Kolana tymczasowo przestały boleć po gorącej kąpieli, ale znów je czuję.
Poczułam się na tyle dobrze, że posprzątałam podłogi chociaż.
Od dwóch dni chodzę spać o 23, a nie godzinę później, dzięki czemu nadrabiam ten cały stracony czas w ciągu nocy, kiedy budzi mnie jakiś interferono-pochodny koszmar senny albo muszę lecieć do łazienki, bo w moim organizmie woda chyba się w ogóle nie zatrzymuje już...
Tyrozyna chyba zaczęła działać, bo moja waga spada, aczkolwiek znów mam 2 kilo w plecy przez to całe gó...o...
A więc, moje wnioski są natępujące:
-jeśli znów coś obetną w przyszłorocznym budżecie, to nie będzie sensu tutaj mieszkać, bo nie mam zamiaru dokładać z oszczędności. Wolę to robić w PL, gdzie chociaż będę mogła wyjść sama o jakiejkolwiek porze dnia czy nocy, bo w końcu będę mieć kilka osób pod ręką.
-jeśli zajdzie potrzeba przeprowadzki, to muszę zebrać wszystkie papiery potrzebne do zaświadczenia przed durnym zusem, że przez ostatnie 7,5 roku się nie obijałam na wyspach hawajskich, tylko ciężko tyrałam.
-muszę się zastanowić nad transportem i sprawą samochodu (może wymienić na prawostronne auto, a może będzie można wyrobić w takim przez jakiś czas?). Podreperowanie obecnego nie zaszkodziłoby, bo ma kilka usterek. Nie wiem, jak sprawdziłby się w dalekiej podróży...
-pies potrzebuje paszportu
-Olo też będzie musiał mieć odnowiony w przyszłym roku, ale to formalność
Oczywiście, ani mru mru zgredowi na razie, bo nie jego to sprawa. Skoro aż tak ciężko mu wizytować Olka tutaj, to nie wiem, jak to będzie wyglądać, jeśli będzie musiał latać do PL, ale w pompie to mam, prawdę mówiąc. Już raz tak robił i to dobrych kilka lat, tyle że latał do Ira, więc co miałoby mu przeszkodzić teraz? Na pewno nie koszty, skoro są tanie linie i to bezpośrednie, a z tego co wyczaiłam, i tak dorabia na boku, a teraz w ogóle już może sobie dorabiać, skoro się wypiął i będzie tylko w soboty.
Prawdę powiedziawszy, taka sobota tylko dla mnie jest idealna. Nie muszę na niego patrzeć, ani z nim gadać, nie muszę go oglądać we własnych 4 kątach, a Olo jest zabawiony przez cały dzień i robi to, czego z mamą nie może, no bo mama ma ograniczone zasoby energetyczne jednak. Moja psyche jest w świetnej kondycji, pomijając tymczasowe kompletne uziemienie fizyczne, które doprowadza mnie do szału.
Hmm... nie wiem, co będę w PL robić. Być może przyjdzie mi tu jeszcze jeden papierek zrobić na koniec. Ale cóż, coś trzeba ze swoim życiem zrobić, skoro jest jak jest i na Irawyspie może być tylko gorzej...
A pogoda nie nastraja optymistycznie wcale a wcale i raczej zmiany w tym nie będzie, no chyba że na gorsze, już wkrótce, skoro lato się skończy za niedługo...
Takie tam, realistyczne w treści przemyślenia...
PS.Od pewnego czasu koresponduję z pewnym angielskim healerem. Właśnie czytam jego roboczą wersję autobiografii. Fajny człowiek, widzę choćby po mailach. Poznałam go całkowicie przez przypadek - jest taka aplikacja dla iphona do liczenia czasu medytacji i tam można podziękować innym użytkownikom za wspólną medytację, można zaakceptować ich jako znajomych i zacząć korespondencję. Nie wiem, może to odpowiedź Wszechświata na moje poszukiwania lekarstwa idealnego na moje alergie i infekcje? A może jakiś znak, żeby powrócić do dawnych zainteresowań i pracy nad własną energią?
PS2. Do głowy mi też przyszło, ile warte są osoby, które znamy i uważamy za dobrych znajomych, ale jak przychodzi co do czego, to się nie pojawiają, a w zamian pomagają nam kompletnie obcy ludzie (np. pielęgniarka z sąsiedniego miasta zadzwoniła w sprawie wizyty Olka - nic o tym nie wiedziałam, bo na stary adres wysłali list - i się tak zgadało, że na leczeniu anty-hepC jestem i że nie otrzymuję żadnej pomocy (no bo trzeba się nachodzić, żeby taką otrzymać, a ja ledwo mam czasem siłę do zajęcia się podstawowymi potrzebami własnymi i Olka) i powiedziała, że podzwoni i zapyta, bo tak nie może być.
A wracając do tych znajomych, to widać, że jak potrzebują czegoś, to wiedzą, gdzie mnie znaleźć, ale jak podjechać i pogadać bezinteresownie, to nie bo za daleko...
Tylko jedna koleżanka odwiedza mnie, kiedy może, a sama jest w ciąży i to niezbyt zdrowej, z córką akurat byli po drugiej stronie wczoraj i napisała, że jeśli się czuję ok, to może bym tam wpadła. No ale, wczoraj czułam się również tak jak przez ostatnie kilka tygodni - położyć się na kanapie i najlepiej niech nikt mi w drogę nie wchodzi.
tak zazwyczaj się zdarza się że bliscy nam ludzie, są dalecy żeby być z nami i nas wspierać pomoc przychodzi od osób od których się byśmy nie spodziewali.
OdpowiedzUsuńMadzialenko. No i skoro masz ochotę leżeć, no to leż (oczywiście,wiadomo, Olek się sam sobą nie zajmie, ale może na chwilę się pobawi.) Postaw siebie na pierwszym miejscu i miej głęboko gdzieś wszystkich tych "nadmuchanych" pseudo-przyjaciół.
OdpowiedzUsuńW Polsce sytuacja jaka jest, wiadomo. Ale wiadomo też, że w swoim kraju ma się Rodzinę, znajomych, takich mniej interesownych chyba... da się żyć. Choć trzeba się przestawić.
P.S. Irawyspa... "IRA" to z łacińskiego "gniew". Coś by chyba w tym było...
pozdrawiam ciepło!
angel - muszę trochę odkurzyć te znajomości w domu, bo jak to zwykle bywa, różnie z tym bywało przez lata po liceum i po studiach. Z tym gniewem dałaś mi do myślenia. Eire zawsze z Eryniami mi się kojarzyło, więc może coś w tym jest:)
OdpowiedzUsuń