Ech, każdy dzień to małe deja vu...:/ Ciągle to samo, ciągle te same czynności, ci sami ludzie i w zasadzie, te same problemy. Nawet w robicie zostaję tę samą ilość czasu...:/ Życie przecieka mi przez palce (żeby nie powiedzieć, że przez zlewki i inne menzurki).
Jestem zmęczona i chciałabym już mieć urlop. Jeszcze miesiąc... dotrwać jakoś do 17 grudnia i się ulotnić stąd na jakiś czas - moje marzenie.
Moje leczenie ma się zacząć jeszcze przed moim wylotem do domu, więc już będę wtedy na prochach. Jak wrócę, mają dołączyć ten nowy lek. Nie wiem, za co będę płacić, a za co nie, ale mam nadzieję, że ta terapia eksperymentalna jest za free. Cieszę się w sumie. Jeśli ten nowy specyfik zadziała, to może zamiast roku, będę musiała przyjmować leki jedynie pół roku i potem ze spokojem przygotuję się na moje 'zwolnienie grupowe', jakiś tam okres bezrobocia i szukanie pracy na pół etatu. Nie zamierzam się już zabijać i rozdwajać. Chcę spędzać więcej czasu z Olkiem, mniej na pracy. W końcu, żyje się nie po to by pracować, ale pracuje po to, żeby żyć. Nie daję rady. Ciężko jest mi nawet sprzątać w weekendy, nie mówiąc już o wyjeździe gdziekolwiek, nawet do muzeum do Dublina. Po prostu nie mam siły.
Były się obraził po piątkowej kłótni. Cóż, przelało mi się i musiało wykipieć kiedyś. Jakoś tak ogólnie, przelewa mi się jakaś karma ostatnio, bo dzieją się dziwne i wcale niefajne rzeczy.
U matki eksa znaleźli jakąś zrakowaciałą narośl na nosie. No cóż, tak to jest, jak się pali większość życia i nie zamierza zrezygnować (zaawansowana osteoporoza jest też pochodną tego nałogu). Musi z nią jeździć na naświetlania w tygodniu, aż do Waterford. Może się pojawi w piątek popołudniu, a może nie. Nie wiem. Ale wiem, że chciałabym, żeby mnie ktoś odciążył w jakikolwiek sposób!!! Dlatego, że długo takiej charówy nie wyrobię.
Od kilku dni zabieram się za umieszczenie ogłoszenia na portalach dla rodziców itp. 'szukam niani, opiekunki na kilka godzin w tygodniu, wieczory'. Nie wiem, ile sobie taka kobieta zażyczy. Znam ceny, a siedzenie na tyłku i pilnowanie, czy mały nie płacze chyba nie jest zbyt zajmującym zajęciem. Te dwie godziny przez kilka dni w tygodniu nie nadwerężą moich już nadwerężonych finansów kompletnie.
Wiem tylko, że muszę się wyrwać choć na kilka wieczorów w tygodniu, żeby przestać myśleć o problemach dnia codziennego. Widzę, jak dobrze robią mi zajęcia zumby i jogi (joga jest zdecydowanie lepsza), cowieczorna medytacja (w domu) i długie spacery w weekendy.
O fotografowaniu nie myślę, bo nie mam już siły, a żeby być kreatywną, mózg musi być wypoczęty (i ciało też, co by te fotki porobić jakoś).
Samochód: klucz się w końcu złamał!:O W ubiegły czwartek coś mnie podkusiło, żeby po pracy pojechać do sklepu na małe 'sprawunki'. Dwie siaty, Olo już siedział w środku. Otwieram bagażnik... I czuję jak mi się klucz przekręca wokół własnej osi i praktycznie topnieje na środku długości!:O Paranoja w oczach. Telefon do byłego (no bo do kogo mam zadzwonić???). Ten, że muszę jakoś do domu dotrzeć (5 min piechotą w normalnych warunkach) i zadzwonić do ubezpieczalni, sprawdzić czy lawetę przyślą za darmo i czy odstawią auto do warsztatu Suzuki.
Wzięłam torebkę i Olka torbę żłobkową na grzbiet, do tego kilka artykułów, które popsułyby się, gdyby zostały poza lodówą, Olka na ręce, auto otwarte (na przeciwko drzwi sklepu, więc spoko...) i wio galopem do chaty. Jak zaczął się chodnik, a mi już ręce powoli mdlały, to Olo pomaszerował sam, za rączkę ze mną. W domu zadzwoniłam, umówiłam się z laweciarzem na ok. wpół do ósmej, bo Olka musiałam przecież położyć spać. O danej godzinie i telefonie od tego typa, ulotniłam się z psem w kierunku samochodu i z obawą, że Olo będzie sam i zacznie płakać w ciągu tej pół godziny mojej nieobecności. Na szczęście, tak się nie stało. Udało się wszystko gładko. Do pracy zadzwoniłam, opowiedziałam co się stało i wzięłam wolne. W piątek popołudniu odebrałam auto (były mnie podwiózł, bo to 30km stąd; fotelik wyciągnęłam z auta, gdy laweciarz je zabierał), dostałam 4 klucze (!!!) w tym 2 do drzwi kierowcy (facet wymienił mi też zamek, bo właśnie przez to, że się zacinał ten klucz wyglądał, jak wyglądał, a zapasowego nie dostałam przy kupnie). Nom i jakoś jeżdżę:) Zamówiony mam przegląd na przyszły weekend, a potem mogę już go opodatkować i mieć czyste sumienie nareszcie!:)
Nic to, skupię się na leczeniu przez kolejne 6 miesięcy, a potem niech się dzieje, co chce!


10 komentarze:
A zastanawialas sie kiedys nad leczeniem depresji? I skoro teraz narzekasz na sytuacje finansowa to w jaki sposob uda ci sie utrzymac pracujac na pol etatu?
Trzymaj się pięknoto i nie poddawaj :)
Anonimowy - juz pomijam, ze nie przyznajesz sie do wlasnej tozsamosci, ale tutaj jest inaczej niz w zasranej PL i panstwo wspolfinansuje wychowanie obywatela, jesli jest wychowywane przez jednego rodzica, bo drugi sie wypial. Latwiej jest na pol niz na caly - przynajmniej wiadomo, ze nie wyladuje sie pod mostem!!!
Margo - dzieki:) nie moge sie na Twojego bloga dostac, bo mnie wywala ze wzgledu na haslo:/ zapodaj namiary na fb:) dzieks!
Jeszcze raz do anonimowego/ej - depresji nie mam, wiec nie mam czego leczyc!!!
anonimy z lopaty i do rowa!
sie nie podpisuje nie komentuje!!! pacanstwo jego mac!!!
No!
Dajesz rade. Wiem ,ze piszesz o problemach i zmeczeniu ale przeciez popatrz radzisz sobie i to całkiem dobrze. Ja trzymam kciuki i dużo siły i optymizmu zycze .
Cieszę się, że zaczniesz w końcu leczenie! Natomiast niepokoi mnie Twoje widoczne rozczarowanie samotnym życiem.Mów sobie, co chcesz ale na dłuższą metę to jest BARDZO TRUDNE a z dziecięciem u boku JESZCZE TRUDNIEJSZE. To smutne, że wielu z nas tak się układa piesko niebiesko. Pozdrawiam serdecznie!
Zaba jak nowa, bo już na prochach.
Irenucha i Żaba - dzięki za wsparcie:)) Naprawdę, doceniam każdy gest ze strony innych ludzi, którzy wcale nie są zobligowani do tego, żeby mi pomagać. Wirtualne gesty też dostrzegam i bardzo dużo znaczą dla mnie:) Radzę sobie, ale okupuję to nieziemskim zmęczeniem i od czasu do czasu, byciem wredną do wszelkiego stworzenia na Ziemi. Wiem, że to się zmieni po kuracji, bo skutek uboczny zakażenia w postaci totalnego zmęczenia odpadnie, jak niepotrzebny strupek na zabliźnionej ranie;)
Madzia dasz radę dasz...i wiem że Jesteś wykończona dniem codziennym.Samotnej osobie jest bardzo ciężko i psychicznie i fizycznie.Zmęczenie wpływa na samopoczucie...przyjedziesz do DOMU rodzinnego to odsapniesz.Ucałowania dla Ola
Dosia - czasem się zastanawiam, jak długo jeszcze tak wytrzymam:/ Każdy ma swoje ograniczenia przecież.
Prześlij komentarz