Boszzz... czas leci jak szalony, zauważyłam jakiś tydzień temu. Na łeb na szyję. Ledwo zaczynam piątek wieczór, a już muszę do tyry drałować na marnotrawstwo 8 godzin z mojego życia...
No i właśnie o marnotrawienie mojego cennego czasu się rozchodzi ostatnio. Nie jestem zadowolona z mojego życia zawodowego (trudno to nazwać karierą - i tak jestem przeciwna temu słowu, bo kojarzy mi się z włazidupstwem i pracoholizmem).
Kilka rzeczy mi chodziło po głowie od momentu pojawienia się tego stanu i wymyśliłam, a raczej wyklarowałam to, co w tłumie myślałek się pojawiło:
Primo - trzeba ten stan zmienić,
Secundo - najlepiej jak najszybciej, bo się wykończę psychicznie,
Tertio - tylko kasę trzeba uzbierać.
(Więcej łaciny nie będzie, bo nigdy się nie naumiałam;p)
No więc, jak następuje, stwierdziłam, że sobie zrobię kolejny poziom (nie, no nie gry jak Dosieńka nasza;p) pewnego kursu, co pozwoliłoby mi lekką rączką:
1. rozkręcić własny biznes,
2. mieć biuro w domu,
3. nie marnować czasu na 'piep.rzenie w bambus' i stres, a za to zaczęłabym spędzać więcej wartościowego czasu z synkiem,
4. nie marnować kasy na bezsensowne dojazdy do i z roboty 5 razy w tygodniu.
Najbardziej mierzi mnie ten brak czasu dla Olka, brak czasu na załatwienie różnych spraw, brak czasu na cokolwiek dla samej siebie, wieczny stres w robocie, niemożność wyłączenia się z trybu 'pracowniczego'.
Nabawiłam się też podwyższonego ciśnienia przez taki tryb życia i poczucia winy, że poświęcam dobro dziecka (bo zostaje mi dla niego max 2 godz dziennie i część soboty...), własne (bo nie mam czasu na rozwój, zainteresowania i dbanie o własne zdrowie). Do tego jestem wiecznie zmęczona (choroba nie poprawia sytuacji, a wręcz pogarsza, bo zmęczenie to jeden z efektów ubocznych).
Tak więc... czas na zmiany i może za kilka miesięcy uda mi się ulotnić z niewolniczej, korporacyjnej smyczy.
W piątek odbijam kartę na maszynce do liczenia czasu, przekraczam bramkę i czuję się wolna - aż do niedzieli wieczór. Potem kołowrotek się ponawia....
Uwielbiam piątkowe wieczory i nienawidzę niedzielnych...
Poniedziałkowy wieczór jest całkiem fajny, tyle że muszę się zmyć na zumbę zanim Oluś pójdzie spać, a to nie ułatwia sprawy. Owszem, zumba dobrze mi robi na psyche (na fize też;p), szkoda tylko, że po całym dniu nie widzenia się z dzieckiem pozostaje mi jedynie godzina na zabawę z nim:/
Nienawidzę takiego życia. Nie dziwię się, że matki małych dzieci pracują na część etatu, jeśli jest to tylko możliwe. Owszem, są matki wyrodne i takie z przypadku i współczuję ich dzieciom. Współczuję też przyszłym dzieciom tychże dzieci i ludziom, z którymi się będą stykać, bo taka matka nie powoduje odpowiedniego nastawienia u takich dzieci...
Ale tam, odbiegłam od wątku głównego...
No więc, mam plan do realizacji.
Wiem też, że to jest OSTATNIA w moim życiu praca w labie. Nie chcę już się dalej podtruwać chemikaliami, nie chcę tyrać jak trybik w wielkiej machinie. Chcę żyć, a nie udawać życie, mieć czas na docenianie małych i dużych radości - bo to też mi umyka w tym wariackim kołowrotku!!! Jeszcze proszą nas o robienie nadgodzin!!! Akurat tak się składa, że nie mam ochoty tam przychodzić w weekendy, więc s.ram na to. Mogę popracować dłużej w poniedziałek i wtorek, ale bez przesady... Najwyżej półtorej godziny, bo i tak za mało czasu z własnym dzieckiem:/
Syndrom wypalenia - to chyba tak się nazywa.
Pewnie, gram w totka, żeby nie zmniejszać szans na sukces - już nawet wiem, co zrobiłabym po kolei (oczywiście pierwsza rzecz, to wymówienie w pracy w takim wypadku:))), gdybym wygrała co najmniej 1mln E.
Tak się składa, że ten kurs, który chcę zrobić, pozwoliłby mi mieszkać nawet na Antarktydzie i zarabiać, byle mieć internet w zasięgu!!!:))) Może nareszcie mogłabym mieszkać tam, gdzie chciałabym? Na pewno nie zostałabym na irlandzkiej wyspie, bo tu za mało słońca jest (a propos, pada od wczorajszego wieczora).
Z innej beczki - pomimo paskudnej pogody, wzięłam Olka (opatuliłam go solidnie, bo ma lekki kaszelek i katarek, a do tego nie jest najcieplej dzisiaj) i psa i poszliśmy na półtoragodzinny spacer (kiedyś ten sam odcinek zabierał mi 2 godz:O).
Olo był zainteresowany dosłownie wszystkim, chociaż na początku nieco markotnie spuścił nochal na kwintę. Lubi spacerki, więc się rozkręcił po jakimś czasie.
A Kelly... no cóż, przez większość czasu była grzeczna, ale z jakiegoś powodu zaczęła śmierdzieć znowu (więc ją wykąpałam wieczorem, bardzo dokładnie), a pod koniec dorwała jakiegoś wyleniałego gołębia i przyniosła w zębach, cała radosna i szczęśliwa. Wydarłam się na nią i go puściła. Biedak był tak wystraszony, że oczy mu prawie z orbit wychodziły, a do tego kuśtykał i nie miał połowy piór. Nie wiem, co się z nim stało... ale podejrzewam, że go wpier..ła na zakąskę na wieczornym wybiegu. Przyszła z czerwonymi śladami na mordzie - wygoniłam ją od razu na taras. Jak się zhaftuje albo cokolwiek, to przynajmniej nie w domu. I niech lepiej się trzyma z dala od Olka przez jakiś czas. Nigdy nie wiadomo, jaką taki ptak ma wylęgarnię we wnętrznościach...blee...
Olo z Dziadkiem pogadał przez telefon;)
A propos, mój tato ma małą operację (przepuklina) w środę:/ Ponieważ zaczął brać leki na niedokrwienie mięśnia sercowego, to nieco się boję (prawdę mówiąc, boję się jak cholera!!!!) tej operacji:/
Internet się poprawił (tfu tfu...) - chyba nowy maszt postawili, bo dzisiaj zauważyłam jeden i raczej go tam nie było poprzednio. Może się ludzie skarżyli na kiepski odbiór telefonii komórkowej - telefon też ma jakiś koszmarny zasięg.
Tyle niusów...
ano w sobotę będąc w firmie nerwy mną targały , że inaczej bym ten czas wykorzystała ,ale nie ma to tamto - rękawy zakasałam i robotę dziergałam z obrzydzeniem
OdpowiedzUsuńponoć przepuklina zaliczana jest obecnie do zabiegów - tak więc zabieg się uda Madziu
Pomysłów pełna głowa. I bardzo dobrze! Zapał jest. Oby tylko sił i srodków nie zabrakło na realizację.
OdpowiedzUsuńnadrabiam zaległości i od przodu do tyłu czytam. Ja cholera jakbym miał dużą kasę, nie pracowałbym ani minuty dłużej, a ludzie któ®zy mówią inaczej to chyba brakuje im wyobraźni...
OdpowiedzUsuńI też spieprzałbym do ciepłego... coś pomiędzy Kanarami Toskanią a Barceloną.
Mówiłem Młodej ze przyjeżdżałbym only na Boże Narodzenie:)