Lilypie Third Birthday tickers

Lilypie - Personal pictureLilypie Third Birthday tickers

niedziela, 23 października 2011

...

Sporo się działo od ostatniego posta. Nie wiadomo, od czego zacząć... to może od początku zacznę.

Miłego gościa miałam jakiś czas temu (nawet mi się już weekendy kićkają...):) Bardzo mało czasu miałyśmy na obgadanie różnych spraw i jakoś tak w postaci skondensowanej trzeba było wszystko zmieścić:/ Szkoda, bo przydałoby się mieć cały weekend, a nie tylko 2 godzinki:/
Ale cóż, lepszy rydz niż nic;)

Kolejna sprawa, już niezbyt optymistycznie brzmiąca - redundancies, czyli po naszemu zwolnienia grupowe. Jak na razie, tylko voluntary (czyli ten, kto chce), a potem polecą łby przypadkowe...
Prawdę mówiąc, nie mogę sobie pozwolić na żadną z opcji. Nie byłam w zakładzie zbyt długo i pomimo, że ciekawie wygląda pakiet końcowy, to jednak za te pieniądze nie dałoby się zrobić rocznego leczenia i do tego przeżyć do momentu znalezienia nowej pracy. W każdym razie, mając na głowie wszystkie opłaty, kredyt kilkuletni, dziecko, które cały czas rośnie i potrzebuje nie tylko opieki, ale też odzieży, butów i zabawek odpowiednich do jego wieku. Bilety lotnicze, nawet tylko 2 razy do roku swoje kosztują, a Olo będzie latał na pełnym bilecie od końca lutego. Proste i logiczne - nie mogę się zwolnić.Kurs, który chcę zrobić, też nie jest darmowy, więc muszę poczekać.
Gdybym wygrała milion jurków w totka, to sytuacja byłaby całkowicie odmienna...
Boję się, że mogę być na liście ludzi do zwolnienia i nie ważne, że jestem samotną matką. Co z tego, że mówią o tym, że pod uwagę biorą okoliczności danej osoby, a nie staż w firmie... Nie robię nic specjalistycznego w tym przypadku - czyli kolejny minus. Nie mam się jak wykazać, bo moja praca nie jest taka, jak poprzednia i nie zakłada troubleshootingu i innych naukowych pierdół. Nie chcę się znów przeprowadzać, wyrywać Olka z jego środowiska, przeżywać związanych z tym stresów... Nie mam na to siły, ani fizycznej ani psychicznej!

Już od kilku tygodni myślałam o leczeniu, ale powyższa wiadomość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba i muszę zagęścić ruchy w tej materii:/ 8ego mam wizytę u specjalisty, więc się zapytam i może już w listopadzie zaczęłabym. Owszem, musiałabym przejść na zwolnienie lekarskie, bo nie sposób się leczyć w tym konkretnym przypadku chorobowym i jednocześnie pracować - nie w mojej pracy, gdzie koncentracja to jakieś 99% całej pracy, a skutkiem ubocznym terapii jest jej brak.
Inne skutki uboczne to anoreksja (bo leki powodują spadek łaknienia - ale spoko, mam z czego chudnąć), mdłości, spadek liczby czerwonych krwinek, zmęczenie (a w zasadzie wykończenie fizyczne), zmiany nastrojów (bardzo przykre dla otoczenia często) i wiele innych, o których nie chce mi się pisać, bo za dużo o tym czytałam. Chciałabym tylko, żeby mój pomysł wypalił i żebym przeszła tą terapię w miarę bezproblemowo i łagodnie, bez jakichś koszmarnych skutków ubocznych. Jeśli wyzdrowieję w ciągu tych 54 tygodni terapii, to może nie będę się już czuła taka zmęczona non stop - to jest najgorszy symptom tej choroby, w moim przypadku.

I hello hello, zmieniłam kolor włosów:) Chciałam bliżej naturalnego, ale nie mieli akurat na półce tego numerku, więc poszłam na jeden (albo nawet 2 tony) ciemniejszy. Fajny efekt - praktycznie czekoladowy kolor, z rudawym połyskiem i jaśniejszymi pasemkami:) Chyba mi pasuje. Musiałabym wyprostować włosy, żeby ładny efekt całości był, ale cieszę się, że to zrobiłam:))) Nareszcie jakaś odmiana!;) Farbowanie na ciemny kolor nie niszczy tak bardzo włosów i skóry, jak wyciąganie koloru z włosa (gryzie i szczypie), jest mniej agresywne.

Cały weekend pada. Do tego stopnia, że zniknęły mi niektóre kanały satelitarne. Kit z tym. Są książki, gazety wieczorem, a w ciągu dnia inne rzeczy niż telepudło. Udało mi się wyjść na spacer z maleństwami w piątek, ale wczoraj nie było to możliwe przez deszcz, a dzisiaj już w ogóle klapa.
Internet miałam skopany od tygodnia, więc zamówiłam 'ciągnięty kablem' i czekam. W takich warunkach atmosferycznych i geograficznych, internet 'powietrzem' to jakaś pomyłka! Do tego mieszkam na parterze i wszelkie możliwe ściany (łącznie z mieszkaniem na piętrze) ten sygnał osłabiają. Dodam, że mieszkam w dolince praktycznie, bo drugi blok jest postawiony wyżej, a z każdej strony są wysokie drzewa, z jednej jest naturalne wzgórze, a z tej, gdzie tylko domy są, akurat nie ma masztu zbyt blisko. Maszty są na okolicznych wzgórzach i jeden w miasteczku. Najwidoczniej to nie działa.
A może, po prostu to ten modem (już jeden był walnięty, więc nie wiem, o co chodzi), bo jak ciągnę z identycznego modelu, kiedy były siedzi, to mam sygnał prawie idealny... A tam, założą mi szerokopasmowy kablem i będę mieć stabilny sygnał;) Cena podobna, więc nie miałam co zwlekać dłużej.

8-smy sezon House'a jest jeszcze fajniejszy;) To jest chyba jeden z niewielu sequeli, który wciąż stoi na tym samym poziomie, tudzież się nawet poprawia.
Mam kilka filmów do obejrzenia, m.in. Robin Hood'a z Russellem Crowe'm, ale jakoś nie mam czasu. Zawsze znajdzie się coś do czytania, albo do zrobienia i wymówka się rozmywa.
Mam stertę książek do czytania, bo z pewnej księgarni internetowej przysłali mi 2 paczuszki. Podejrzewam, że nie przeczytam zbyt wiele, dopóki nie będę mieć sporo czasu wolnego. Olo jest na tyle duży, że przez pewien czas sam się bawi, a potem zaczyna marudzić i nakłaniać do zabawy innych. Jeśli sprzątam czy gotuję, to pomaga mi jak może, albo po prostu zajmuje się zabawą. Bajki w telepudle mało go interesują, za to jest fanem programów podróżniczych, szczególnie tych ze zwierzętami:) Już pisałam kiedyś, że jest bardzo muzykalny:) Nic się nie liczy, kiedy zasłucha się w jakimś utworze - można do niego gadać jak do ściany. Uwielbia fotografie, za to nie przepada za rysunkami i szybko się nudzi bazgraniem po kartkach. Czasem siada ze mną i oglądamy książeczki, a jeśli oglądam jakiś program, to się przyłącza (właśnie te podróżnicze go ciekawią najbardziej) i jest spokój z dzieckiem na dobre pół godziny;) Szczególnie wieczorem, kiedy już jest zmęczony i powoli czas spać, tak właśnie się zachowuje:)

A pies... wredna małpa jest! Wczoraj ją kąpałam 2 razy, bo w jakimś świństwie się wytarzała. Ten drugi raz jej się 'zdarzył' koło 10 wieczorem, więc jeszcze lepiej.

Chudnę:))) Kupiłam specyfik białkowo-witaminowy, obiady jem normalne, do tego owoce i warzywa. Ćwiczę od czasu do czasu zumbę i jogę, a do tego spaceruję z Olkiem i psem po pracy i jakoś spada waga (świeżo wyprane spodnie, które dotychczas były ciasne, już nie opinają nóg jak kiedyś, ale przyjemnie się zluzowały;p).

Moje sny:
Ostatniej nocy śniło mi się, że u Mazureczki na blogu pojawił się wpis o jej nowonarodzonym synku:))) Może już??? W końcu, moja intuicja i telepatia nie należą do wybrakowanych;)
Kilka nocy temu przyśnił mi się mój przyszły partner - było podobny do Matthew McConaghuey'a:O (w młodszym wieku, bo podobno teraz się brzydal robi;p):D
Może to medytacja tak robi? W końcu codziennie przeznaczam na nią kilkanaście minut przed snem, to się czyści i wycisza umysł i inne treści napływają;)

Coś mnie w gardle drapie:/

Borem lasem więc...

6 komentarze:

Tom pisze...

się dzieje faktycznie. a ja leżę i czekam na Bones i martini sączę.

buba pisze...

Ale się wpis uczynił!
Trzymam kciuki całościowo, choć najbardziej za terapię. Uściski dla Młodzieży:)

autorka bloga pisze...

Tom-nugdy nie widziałam 'kości',ale jak już odfajkuję californication, to zabiorę się za to;)
buba-dzięki za całokształt;)sporo się zebrało z tych kilku tygodni:)

irenucha pisze...

No no sporo wieści i zmian :) Takie troche odzwierciedlenie życia Nigdy nie jest super dobrze ani az tak zle :) Jakoś tak jednak optymizmem tchnie Twoj wpis i to fajne jest :)
Pozdrawiam i trzymam kciuki żeby ku dobremu poszlo :)

Dośka pisze...

Madzia oby nic się nie skichało .To nie czas na takie życiowe zabawy

jadwiga pisze...

Po zdrówka, no terapia musi być jak wynika za sprawozdania, borem
trzymam kciuki