wtorek, 5 kwietnia 2011

Żołądkowy wir

Już mogę klikać - postęp!:))) Wzięło mnie wczoraj - biegunka i paw. W nocy nie mogłam spać, a musiałam jeszcze mieć ucho na Olka (on się już wykaraskał, ale nieciekawie było w niedzielę i poniedziałek).
Jedyną zdrową osobą w tym domu jest pies. Może przytargała go z dworu, a może Olo przytargał świństwo ze żłobka.
Po jakichś 28 godzinach zjadam ryż z jabłkiem i jak na razie brak objawów...
Zawroty głowy i poczucie 'bycia na kacu' mam nadal. Przyplątała mi się gorączka, do tego zatkany nos i ból czaszki. Nie byłam w stanie rozprawić się z bólem głowy, bo każda piguła wyjechałaby tą samą drogą, którą wjechała. I tak łażę sobie z obolałym łbem, mięśniami, stawami i zatkanym nosem.
Pocieszam się, że E miał jeszcze gorzej - pawiował dalej niż widzi, a że u matki był wczoraj, więc tam został. Mam nadzieję, że dzisiaj dostanę mój naprawiony samochód!
Wzięłam chorobowe w pracy. Jutro chyba też jeszcze zostanę i będę dochodzić do siebie.
Oluś był b. grzeczny - chyba widział, że z mamą jest źle. Przytulał się, nie marudził (poza momentami, kiedy trzeba było pieluchę zmienić, a odparzony tyłeczek ma, że hej:/), bawił się sam, podawał mi różne rzeczy.
Zajebiście jest tak obserwować następujące w takim maluchu zmiany - fizycznie nie zmienia się już tak szybko, ale psychicznie i intelektualnie widać rozwój. Uwielbia oglądać książeczki (i już ich nie drze przez przypadek:)), lubi bawić się samochodami, układać klocki i ćwiczy chodzenie:) Zagląda mi też do kompa, co wygląda przekomicznie:))) Chyba mu dam mojego nieczynnego laptopa do zabawy - będzie sobie 'pisał';)
Latem powinien już zasuwać jak mały motorek;)))

Lubię dni, kiedy jesteśmy tylko we dwoje i pies:) Jest spokojnie, bezstresowo, bez niepotrzebnej bieganiny:) Nie czuję wtedy napięcia w powietrzu,żadnych negatywnych energii, fruwających wokół czerepu...Nawet kąpiel przebiega bardziej luzacko i spokojniej.
Nie wiem, dlaczego ten typ jest taki rozedrgany. Przecież wie, że to na dziecko działa - później Olo robi się marudny i wręcz nieznośny czasem. Pewnie, że było mi dzisiaj cholernie trudno - najgorsze było znoszenie i wnoszenie na piętro tego 12-kilowego pakuneczku (i tu przydaje się parterowa chata:)), do tego przewijanie i robienie lekkiego żarcia - apetyt odzyskał dzisiaj, więc już będzie dobrze:)
E. się pytał, jak się czuję itp., nawet zaoferował się z przyjazdem jego siostry, żeby mi pomogła z Olkiem, ale podziękowałam i poradziłam sobie sama:) Czasem dobrze jest siebie przetestować w trudnej sytuacji, żeby mieć pewność, że człowiek sobie poradzi w trudnej chwili.

W sprawie przeprowadzki - nie wiem, co tu wymyślić z wielkogabarytowymi gratami, bo jakoś nie urządza mnie najem vana:/ Jak miałam polo, to nie było problemu - co hatchback to hatchback jednak. Jeden w rodzinie powinien być, jak zauważyłam:)

Hmm... zjadłabym coś normalnego, ale się boję normalnie:/

2 komentarze:

  1. Mnie by się taka jelitówka przydała a nie wam! Już widzę te kilogramy uciekające rurą od sedesu! Jesteś dzielna a Olo kochany, że się opiekował.
    Na wielkogabarytowe dobra jest ryksza i gostek z Bombaju. Nawet fortepian ze słoniem przewiezie!

    Zaba z dna

    OdpowiedzUsuń
  2. A wirusek was dopadł. Za parę dni będzie dobrze. Tylko dużo płynów połykać, żebyście mi tam się nie odwodnili. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń