wtorek, 15 lutego 2011

Oj tam, że Walentynki były;p

No były i się zmyły;p Nawet miło było;>
Dostałam bukiet karminowych róż, kartkę, czekoladki z nadzieniem toffi (mniam...) i flaszkę białego wina (którą opróżniliśmy oczywiście).
Nom, nie mając czasu ani kasy, niestety nie zaopatrzyłam E w nic ode mnie, poza niespodzianką późnowieczorną, zapakowaną w koszuleczkę w siateczkę, pończoszki-samonośki i fikuśne majtko-spódniczkę (nie dla oczu postronnych, rzekłabym). Jezuuuuuu, jak przyjemnie było;p:D

Nom, a potem nastąpił wtorek.
Musiałam jechać na wizytę do szpitala, więc odstawiłam Olka do żłobka. Olo odstawił teatrzyk pt. 'ja nie chcem tu zostawać bez ciebie', ale cóż, serce pęka, a matka musi iść:/ Podobno szybko mu przeszło. Potem się lekko skrzywił, jak zobaczył mnie popołudniu. Podejrzewam, że będzie tak dopóki nie będzie tam chodził bardziej regularnie, co pociąga za sobą pracę od wtorku do piątku przez E. Podobno na wiosnę klienci się mnożą...

Ale ad rem.
W miasteczku sąsiadującym z moją pracą, uliczki są lekko przyciasne i trzeba się wymijać na przemian. Zazwyczaj ludzie są kulturalni i przepuszczają się ruchem wahadłowym. Tym razem tak się nie stało i jeden skur.wiel tak przyp.ierdolił w moje lusterko od strony kierowcy, że odpadła szklana część, a plastikowa się lekujtko buja... (to lusterko już przeszło swoje, więc trzymało się tak jakby, na słowo honoru).
Podku.rwił mnie typ. Nie zauważyłam ani koloru, ani marki ani tablicy rejestracyjnej, ani nawet czy to baba czy dziad! Lało jak z cebra, a ja zbierałam lusterko z jezdni i złorzeczyłam, na czym świat stoi.
Shit happens...
Po drodze musiałam zatankować - za dychę, więc do Dublina starczyło i znów musiałam tankować. Mam nadzieję, że mi nie podpie.rdolą paliwa w nocy, bo się zeźlę...
W szpitalu czekałam 3 (!!!!!!!!) godziny na to, żeby przez 5 min pogapić się na lekarkę, która zanotowała coś tam w karcie z bazy danych i w sumie nic nowego mi nie powiedziała (tydzień temu widziałam się z pielęgniarką specjalistyczną, która jakby wie nawet ciut więcej... ot, dziwny jest ten kraj...).
Zapłaciłam 7,50 za parking - jak za zboże!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Znów się podku.rwiłam.

Pojechałam do centrum handlowego - kupiłam pierdółki na roczek Olcia i 2 zabawki, które mam nadzieję, zwalą go z nóg: samochód, który może pchać stojąc, ale może też do niego wsiąść i mniejszy samochód, grający, do którego jest dołączony młotek i w zależności w jaki klocek walnie, taka melodyjka zabrzmi.
Wypiłam sobie latte w Coscie (taka sieć kafejek), którą poprzedziła kanapeczka na ciepło z mozarellą i pomidorem i ciasto marchewkowe (jedyne ciasto, które mi pasuje z diety wyspiarskiej).

W poczekalni w szpitalu i przy kawie czytałam 'The Secret'. Bardzo fajne, acz oczywiste rzeczy w tej książce piszą - grunt, to je stosować... Zaczęłam od dziś;)

Prosto z zakupów musiałam jechać do żłobka, odebrać Olka, bo już była prawie 17, więc nie udało mi się posiedzieć samotnie w domu.

Pobawiliśmy się z Olciem trochę przed jego kolacją, a potem położyłam go spać po 19 i zasnął biedaczek kamieniem.

A ja zasiadłam do netu. Aplikacja o mały kredycik przeprowadzkowy była priorytetem. Ciekawe, czy zaaprobują. Chcemy się wynieść z tego domu, ale odkąd każdy grosz pochłania ogrzewanie tej rudery, fajnie nie jest i trzeba skrobać kieszenie... albo konto w banku, tudzież szukac alternatywnych rozwiązań.
Do tego szukanie domu na dafcie. Jest kilka ładnych, ale cholera wie, jak się będzie miała rzeczywistość do zdjęć i opisu.

Powiedzmy, że stosowanie 'Sekretu' do realnego życia wymaga małej zmiany nastawienia do życia i sposobu myślenia.

I zapomiałabym powiedzieć o najważniejszym negatywnym wydarzeniu dzisiejszego dnia - mam zapalenie zatok... nie wiem, czy bakteryjne czy wirusowe, w każdym razie, objawy znam i mam, zakupiłam pewne lekarstwo w tabletkach, którego nie mam zamiaru reklamować za darmo na własnym 'blogasku' i jak widzę, pomogło mi na 2 godziny. Po kolejnej pigułce oddam się w ramiona Morfeusza;p

Jutro do roboty i mam nadzieję, że z odrobiną cierpliwości, przy braku pośpiechu, za to z pewną dozą dobrych chęci, uda mi się ukończyć mój re-trening kilku technik analitycznych...

Ech, fotki był porobiła, ale pogoda jest pod psem i codziennie leje, więc tak jakby nie mam jak robić moich ulubionych krajobrazów, a portretami się lekko znudziłam, bo nawet lampy statycznej nie mam:/ (ale kiedyś mieć będę;p).

To chyba tyle na dziś - borem lasem

4 komentarze:

  1. Leje. Chyba bym wolała. U mnie mrozi i mam szczerze dosyć doglądania Heńka po nocach! Czekam na focię Olcia w samochodzie!!!!!!!!

    Zaba

    OdpowiedzUsuń
  2. Ostatecznie to Walentynki udane;)Wiosna prosze pani wkońcu przylezie i prosze mi nawet nie mowic ,ze nie!Zatoki Qrewska rzecz. Nie wyleczysz cholerstwa.Ja miałam robione punkcje,oklady inhalacje i jak tylko wiatr brytyjski lodowcowy zawieje to chodze nieprytomna z bolu:/ Pozdrawiam i dziekuje za wyróznienie w poprzednim wpisie :) Co do optymizmu to czy ja wiem czasem ponurastośc mnie dopada czarna ale jak sama mowisz shit happens i trzeba z tym zyc Moja dewiza Keep calm and carry on ;) Z tym calm to tez róznie bywa :D Dobranooc (Słowo do zweryfikowania "dropa" sie pomyliłam i wpisałam dwa o ;P)

    OdpowiedzUsuń
  3. Lubię tak się u Ciebie w słowa zanurzyć:)
    Też czekam na fotę młodego kierowcy!
    ps: dziękuję pięknie, za cudne wyróżnienie w poprzednim wpisie:)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Hmm,wyspy.Dawaj foto.

    OdpowiedzUsuń