sobota, 12 lutego 2011

Myślałki

Trochę przybita się czuję. Nie wiem, czy winić pogodę za to (a raczej niepogodę), czy może fakt, że od 22 grudnia nie mogę się wykaraskać z chorób grypo-podobnych. Już nawet nie czuję się lepiej przed kolejną infekcją, tylko zaczyna mnie boleć gardło albo migdałki. Nic mi nie pomaga. Ani metody tradycyjne ani alternatywne. Ratuję się jak mogę - miód, czosnek, przyprawy korzenne, porto, leki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe. I dupa blada. Podejrzewam wahania temperatury w tym popieprzonym domu. W nocy różnica temperatur może wynosić do 10 stopni, jak mi się wydaje:/
Kolejny gwoździk przybijający do ściany to przemyślenia. Takie przypadkowe całkowicie. Jadę sobie w sklepie wózkiem z zakupami, a tam babeczki w średnim wieku dyskutują o jakiejś imprezce, szczęśliwe jak skowronki na wiosnę. I tak sobie pomyslałam, że tak naprawdę, nie wiemy, czym jest szczęście, dopóki go nie stracimy. A tracimy je ze względu na stan zdrowia, brak miłości (lub jej utratę), śmierć bliskich, finansowe bagno, i inne parszywe wypadki losowe. Żyjemy w pewnej homeostazie, która powinna nazywać się szczęściem, pomimo drobnych problemów, które nas nękają każdego dnia. Dopóki jest nam OK, doputy nie musimy się martwić. Gorzej, gdy czegoś (lub kogoś) zabraknie...

Z innej beczki.
Wciąż leje. A jeśli nie leje teraz, to na pewno zacznie za kilka godzin. Wieje, że łeb urywa. Nie było tak od rana. Ranek był przepiękny, słoneczny i bezwietrzny. Po dostawie oleju opałowego (tak jest!!! znów się skończył!!! i tak jest co 10 dni dokładnie - podejrzenie padło na starożytny piec...), zapakowałam psa i dziecko do auta i pojechaliśmy nad morze (5 min samochodem, ale za to ok. 40 piechotą i to wzdłuż ulic - wybór prosty). Kelly się wybiegała i wymieniła ploteczki z przygodnymi pieskami, Olo napatrzył się na krajobrazy (tylko oczka było mu widać spod czapeczki i kocyka, tak był opatulony), a ja pstryknęłam kilka fotek i mało się nie pobiłam za brak 'muszki' do statywu... gapowatość się wybiła na poweirzchnię i nie zabrałam:/ Za to zabrałam mój nowiuteńki filtr ND i 10-20mm szkło:/ Cóż, zdjęcia ciutek się zdublowały (może nieco inne chmurki po niebie fyrały) z poprzednimi, ale i tak fajnie jest strzelić kilka zdjęć na zewnątrz, a nie wciąż we wnętrzach...
Statek cumował na pełnym morzu, ale wcale nie tak daleko od brzegu. Mnóstwo ludzi spacerowało samotnie, lub z psami, tudzież innymi ludźmi. Dziwne, bo pogoda się ździebko zbiesiła od rana i było niefajnie. Mój katar osiągnął maksimum. Czas wracać. Pies i Olo do auta, wózek (zajebiaszczym jeepem się okazał ten polski wynalazek!:O) do bagażnika i powrót do domciu.
Olo chyba jest zdrowy, pomimo objawów (katar i rwący się kaszel). Apetyt wrócił i generalnie wygląda dobrze i w formie:) W czwartek ciutek mu gardło szwankowało, ale z pomocą syropku wykaraskał się. Mamusia za to nie. Boli mnie migdał, a z nosa się znowu leje... Nie wiem, kiedy wyzdrowieję. Może na wiosnę... Żonkile już są, to może wiosna też nie daleko. 7 stopni w dzień nie gwarantuje podobnych temperatur w nocy, więc nie nastawiam się na szybkie ozdrowienie:/ Prawdę mówiąc, wkurza mnie już to wszystko. Choroba, brak czasu na własne sprawy (bo wieczorem jestem zmęczona, a w weekendy E pracuje ostatnio, więc znów wieczory zostają do dyspozycji jedynie). Olo jest na tyle absorbujący, że można zapomnieć o jakiejkolwiek czynności, która wymaga choć minimum skupienia przez dłuższą chwilę. Prace domowe (poza odkurzaniem, bo boi się odkurzacza i płacze), oglądanie niewymagajacego filmu czy rozwiązywanie krzyżówki są ok, ale obróbka zdjęć już jest poza moim zasięgiem. Może za rok będzie lepiej. Może będziemy mieszkać w normalnym domu, a nie dwupiętrowej altanie... Dużo jest tych może, a ja zastanawiam się, jak odzyskać wiarę w siebie. Po drodze zgubiłam też nadzieję na lepsze jutro, perspektywę, przestałam marzyć ze zmęczenia, bo trzeba już zasnąć, skoro od rana czeka kolejna porcaj zadań do realizacji. Co nie kończy się na powrocie do domu, bo wtedy też trzeba różne rzeczy robić, chociaż nie ma się najmniejszej ochoty (dietetyczna kolacja zamiast czegokolwiek...itp.). Przy takim trybie życia nie jest trudno się pogubić. Moje marzenie to mieć kilka godzin w sobotę lub niedzielę tylko dla siebie, móc wsiąść w samochód z aparatem i buciorami i poszlajać się po okolicznych górach, a w domu móc te fotki obrobić jak najszybciej się da... To chyba nie są marzenia ściętej głowy? Wszystko przez ten cholerny dom, który nas finansowo wykańcza przez spieprzone ogrzewanie...Tylko skąd wziąć kasę na przeprowadzkę? Przy obecnych wydatkach nie jest to możliwe wogóle. Kaucja i pierwszy miesiąc - trochę ponad nasze możliwości, skoro co 10 dni musimy pakować kasę w 200l oleju opałowego! Tym razem jest 150, więc starczy na około tydzień, wg pobieżnych obliczeń:(
Prawdę mówiąc, zbiera mi się jak sobie pomyślę o tych wydatkach wszystkich. Jakoś nie za bardzo chce mi się zaciągać kolejny kredyt w banku...zrobię to w ostateczności, a na razie nie ma takiej potrzeby.

Kończę te rozważania na dziś, bo zaraz mi net odłączą (od tygodnia doładowujemy, bo się limit wyczerpał, a ten co płaci za net, nie miał kasy w banku, tylko w kieszeni...i do 16 trzeba sępić megabajty... mam nadzieję, że mi farmy nie zamkną...).

borem lasem

5 komentarzy:

  1. Masz po prostu zapiepszone!! Nie zazdroszcze. Tylko wspolczuje Magdo!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj Buziaczku ale smutkow.
    Mowia w zdrowym ciele zdrowy duch, kup antioxidants
    np: olive leaf extract
    tu masz link jak to wyglada

    http://www.pharmacyonline.com.au/olive-leaf-australia-high-strength-extract-peppermint-flavour-200ml

    nie jest smaczne, ale wzmacnia organizm, mozna tez kupic w kapsulkach suszone listki, lepsze do przelykania.
    Tez dobre
    Goji berries

    http://www.pharmacyonline.com.au/nature-s-goodness-tibetan-goji-juice-1-litre

    To nie sa tanie sprawy ale starczaja na dlugo i jak tak jestes oslabiona musisz sie czyms ratowac, bierz tez multivitaminy, niestety te dobre tez kosztuja fortune i powinny byc rozmiaru migdala aby sie tam wszystko pomiescilo.
    Witamina C tez moglabys sobie possac 1 czy 2 tabletki ja przed ciaza wozilam w samochodzie jak inni gume do zucia.
    Sluchaj w samochodzie jakiejs zywej muzyki, czasem te relaksujace wpedzaja nas w doly zamiast wyciagac, wiec lepsza taka z bum bum kiedy nozka chodzi wesolo niz dobijajace wycie z tybetu.
    Uwazaj na siebie i Olego
    My tez przezylismy szok z ogrzewaniem po przeprowadzce za 3 miechy za gaz przyszlo tyle co inni dostaja za 2 sezony.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ell-jak dotrę do sklepu ze zdrową żywnością, to może mi się uda coś wyskrobać z konta bankowego i kupić te cuda (na razie mam multiwitaminy, echinaceę i naturę w postaci cytryny, miodu i czosnku), ale to we wtorek, bo wcześniej nie będę w pobliżu takiego sklepu:/
    pociąć się można tylko przy takiej pogodzie:/

    OdpowiedzUsuń
  4. Zapraszam do mnie. Cos miłego dla ciebie u mnie na blogu zostawiłam. U nas nareszcie słoneczna pogoda. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Paskudna pogoda to fakt, człowiek przygnębiony od samego patrzenia przez okno, nie wspomne o wychodzeniu. Z tymi chorobami to pewnie tez przez te pluche i brak słońca.Miejmy nadzieje ,ze wiosna bedzie predko i słońce częsciej będzie gościc:)Co do samopoczucia to zawsze tęsknimy za tym czego nie mamy chyba taka natura ludzka:) Uśmiechu i słonka zycze :)

    OdpowiedzUsuń