nareszcie mamy net:))) Ale gdyby nie porada mojej starej znajomej, to pewnie czekalibyśmy tak jeszcze co najmniej kilka tygodni. Zmieniliśmy operatora, modem jest 'nieliniowy', więc z 95% powierzchni Irlandii powinien odbierać:)
Najgorsze były pierwsze tygodnie tutaj. Zero komunikacji - kablówki nie ma, pod starą antenę na irlandzkie programy się nie podłączaliśmy, bo jak E stwierdził: RTE nadaje programy dla wieśniaków - mi część pasowała, bo przynajmniej cokolwiek nt. społeczeństwa było itp., zero netu (ściąganie przez iphone'a kosztuje naprawdę sporo, jeśli używa się innego operatora dla tej usługi, a limit ma się postawiony na poziomie 2GB) i do tego kiepsko odbierające moją ulubioną (choć nową) stację, radio.
Pozostały dvd i cd. Obejrzałam wszystko, na co nie miałam czasu w ciągu ostatniego roku. Muzyki zawsze mogę posłuchać w samochodzie, więc sobie darowałam większość.
Olo od tygodnia raczkuje:) W związku z tym, podłogi muszą być myte co najmniej raz dziennie (dobrze, że jest sporo miejsca, bo nie kumuluje się brud w jednym miejscu na kupce;p), bo sypie się sierść Kelly i wnosi się brud z korytarza. Na piętrze podłogi zmywam raz na tydzień, bo raczej się tam Olo nie szwęda, a jeśli już, to po tzw. pracowni.
Mówiąc szczerze - chata jest gigantyczna i poza tym, że nareszcie jest miejsce na składowanie manerołów i pustą przestrzeń, to cholernie trudno cholerstwo ogrzać. Do tego chyba cieknie zawór od 'baku', w którym jest składowany diesel, bo jakoś szybko ubywa, a wcale nie szalejemy z ogrzewaniem (wkurzyłam się w sobotę, że za chwilę mi dziecko zachoruje od tej wiecznej zmarzliny i włączyłam zaprogramowałam timer po swojemu).
Tydzień temu byliśmy w Mt. Usher Gardens, które są rzut beretem od nas. Piękne kolorki, mnóstwo fotografów amatorów (pod spodem macie widoczki, bez podrasowywania PShopem - dlatego to niebo takie mdłe, że ble). Wyszliśmy, gdy było pięknie i słonecznie, a wracaliśmy w deszczu:/ Tak tu jest z pogodą - rano ładnie, a potem coraz gorzej. Dzisiaj mamy wichurę, tak dla odmiany;)
Uwielbiam klon japoński:) Mam w doniczce takiego bidulka, którego psy potraktowały kłami. Nieco odbił latem, ale jesień nie pozwoliła na zbyt długą rekonwalescencję. Zobaczymy wiosną.
Nadal poszukuję Molly:| Bez rezultatów:(
Z pozytywnych stron życia: mam nieco więcej czasu, bo Oluś sam się zabawia, goni Kelly, która nie jest zbyt zadowolona z tego faktu (ale wie, że nie wolno jej kłapnąć paszczą na niego) i wymaga jedynie rzutu okiem, w celu sprawdzenia, co robi i w którym miejscu pokoju (albo kuchni - jest zafascynowany pralką:D).
Dzięki temu nadrabiam zaległości w lekturze magazynów, m.in. fotograficznych, więc fotki też lecą jedna za drugą. Jak widać powyżej - statywu nie miałam ze sobą, więc zdjęcia są poruszone, a mój aparat jest zbyt kiepski na stosowanie wysokiego ISO bez utraty jakości. Już nie wspomnę o obiektywach z kontrolą wstrząsów, bo są one totalnie poza moimi możliwościami obecnymi. Zresztą wymarzony aparat też (kosztuje około 5tys. euro...).
Dziękuję babeczkom: Ani i Jagodzie za opiekę nad moją farmą:))) Zwierzaki są happy, a na ilość wirtualnej kasy nie mogę narzekać, już nie wspominając o awansie na 'Szparagowego Jack'a':)))
Spadam obrabiać zagony:)





czy na tych stronach lepiej działa blog ????? otiotylia.bloog.pl
OdpowiedzUsuńuff a ja prawie na walizce do Poznania siedzę! Dobrze, że będę miał przewodników, Bo Angel wykłada i jest wykładana.
OdpowiedzUsuń