poniedziałek, 2 marca 2009

Jak mój Ajrisz przyswaja polską kuchnię (copyright by Randdal)

To zacznę od początku...
Czyli tam, gdzie skończyłam ostatnio;p
Wybraliśmy się w piątek na zakupy do Dundrum Shopping Centre. W zasadzie nie jestem w nastroju do kupowania ciuchów czy butów, więc obchodziły mnie jedynie czasopisma, muzyka i filmy. Eddie ma fioła na punkcie butów (popularnie zwanych adidasami; staram się jego uwagę bardziej w stronę buciorów górskich tudzież anarchistycznych;p skierować, ale nie daję rady jakoś...):O Pomyślelibyście kiedykolwiek, że facet może mieć ambę z przerzutką na punkcie laczków????:O:D Bo ja dotychczas nie myślałam....:o

Udało mi się kupić 5 płyt:
nowe U2 - nie powala, ale da się słuchać, a najfajniejszym (jak dla mnie) utworem jest 'Magnificent'. Reszta jakoś tak niknie w tłoku...
nowy Coldplay - też jakoś tak się rozmywa...
nowy King Crimson - tu akurat można pochylić głowy przed mistrzem Frippem...
składankę Deep Purple - oni akurat są klasą dla siebie...
płytę frontmana The Frames, tego który grał jedną z 2 głównych ról w 'Once' (chyba dostał Oscara za muzykę właśnie) - film polecam, muzykę w zasadzie też:)
A tu próbka:



Kupiliśmy też, po drodze, całą serię 'Różowej Pantery', oczywiście z Peterem Sellersem za dychę!!!!:O MMŻ znalazł na gumtree - od cholery tanich dvd i cd można tam znaleźć... czasami perełki:)
Wracając wjechaliśmy po pizzę do Pizzy Hut, a potem już sesja obżarstwa połączonego z pijaństwem nastąpiła (2 flaszki wypiliśmy...białe i różowe tym razem...).

Sobotę rozpoczęłam z koszmarnym kacem, ale się szybko pozbyłam badziewia dzięki painkillersom;p
A propos, The Killers schodzą coraz bardziej na psy - co płyta, to gorsza. Nie chce mi się wydawać kolejnej stawki godzinowej na ich ostatni twór...

Po śniadaniu wsiedliśmy w samochód, dojechaliśmy na Dart do Greystones i kolejką pojechaliśmy sobie na miasto - obowiązkowo St.Stephen's Green Shopping Centre i Graphton Street:) I znów, jedyne co mnie interesowało, to dvd i cd, książki i kolczyki - mam nowy w nochalu i nowy w jęzorze:)))
Upolowaliśmy 2 filmy w technologii blue-ray: '300' i 'Resident Evil - Apocalypse', do tego udało mi się wyczaić 'Twin Peaks' pierwszą serię(!!!), 'Into the wild' (słyszałam dobre opinie), 'Garage' (coś w stylu J.J.Kolskiego, tyle że irlandzki), 'Black Irish', 'The day after tomorrow' i 'Dan in real life'. Ten ostatni wzięłam, bo był za 4jurki, więc nie było się co szczypać:D Poza tym... HMV na Graphton Street rozrosło się o kolejne piętro - filmowe:D Raj dla nas!!!:D
Na jednej z półek stoi karton 'The X-Files' complete series(!!), który mam zamiar kupić w przyszłym miesiącu... już się nie mogę doczekać!:D Nie powiem wam, ile to kosztuje, bo stuknęlibyście się w pałę...;p

Zakupy były owocne, jak widać. MMŻ musiałam odciągać od sklepów z obuwiem sportowym, bo kupiłby kolejne 5 par... boszzzz... w jego wieku....;p

Po drodze na dworzec wstąpiliśmy na jednego do pubu, którego żywot datuje się od 18 wieku, a może się poszczycić tym, że pijał w nim sam James Joyce (mam nadzieję, że nie wpadł tam na pomysł pisania 'Ulissesa'...). Zwie się The Mulligan's.
Na pierwszym planie oczywiście Moje Szczęście z facjatą rozjaśnioną nie tylko dziwnym tego dnia światłem:)))

A raczyliśmy się oczywiście szacownym trunkiem, ważonym od lat (wieków?) w Dublinie:


Guinnessem, znaczy się;p
Trochę nam się spieszyło do chaty, żeby zdążyć na mecz rugby Pucharu 6 Narodów, w którym Irlandczycy dokopali Angolom (za te wszystkie świństwa historyczne, hehe)!!!!:)))) Bosz.... szczęście zawitało do chaty normalnie:) Na zdjęciu pierwsza połowa:


Końcowy wynik to 14:13 dla Eire:))) A skończyli tak kiepsko, bo Angole grali wyjątkowo nieczysto, a pod koniec przeszli już samych siebie, żeby tylko zdobyć punkty.
Oj, nasłuchałam się nieprzyjemnych słów nt. angielskich zawodników - kilka lat temu znieważyli Panią Prezydent Irlandii... ciekawe, co powiedzieliby na znieważenie ich Królówki w ten sposób. A było to tak, że...
przed głowami państw rozwija się czerwony dywan. Zawodnicy angielscy stali tak, że dywan kończył się wcześniej niż ich szereg. Zostali poproszeni o przesunięcie się w kierunku zespołu irlandzkiego, ale mieli to w dupie... I tak to, Prezydent Irlandii musiała się przespacerować po trawie i podać tym szmatom rękę na powitanie... Oczywiście, że Angole się tego nie wstydzą... Przyznaję (i mogę to doświadczeniem przypieczętować), że Angole to chamskie świnie są... pewnie, że nie wszyscy, ale spory procent... Wręcz odwrotnie do społeczeństwa irlandzkiego...
Ech, nikt im skóry nie przetrzepał jeszcze... może fanatycy islamscy to zrobią (ale oni przecież nie są be, bo muszą być tolerowani jako mniejszość religijna i etniczna, bo przecież nie są biali i mogłoby się dostać angolom za to... )...

Mniejsza z tym już. W każdym razie wygraliśmy, dokopaliśmy piep.rzonym angolom i znalazł się powód do świętowania:D A świętowaliśmy... Żubrówką z sokiem jabłkowym:O:D MMŻ nie lubi whiskey, więc kupiłam jedyny rodzaj wódki, który jestem w stanie strawić, to się przyssał, hehe:p

Nom, a niedziela to już było małe lenistwo, zakupy, trochę sprzątania. I tu dochodzimy do sedna, czyli jak mój Ajrisz znosi polskie jedzenie:D (dzięki za pomysł Randdalu:)))
Zrobiłam klopsy (znane w innych częściach PL jako kotlety mielone), do tego pyry i brokuły (dla Eddiego), kalafiora (dla mnie, bo nie przepadam za brokułami).
MMŻ uwielbia wszystko, co polskie (serio!:O), łącznie z bigosem (boszz... zajadał się nim ostatnio, bo zrobiłam jakiś czas temu i zamroziliśmy:D).
Dzisiaj robiłam naleśniki, bo chodziły za mną od jakiegoś czasu. Zostały jeszcze. W zasadzie wcina je tak jak mój Tato, jedynie z cukrem:D Dodał cynamonu dla lepszego smaku. I znów się posypały pochwały itp.:D Normalnie aż się chce człowiekowi gotować, jak słyszy takie piękne słowa pod adresem własnej sztuki kulinarnej;D
Nie poczęstowałam go jeszcze tylko plendzami (w innych częściach PL nazywane plackami ziemniaczanymi), ale wkrótce to nadrobię. Gulasz już też robiłam:) Nasze poznańskie pyzy czekają w kolejce, ale to chyba już w Poznaniu dostanie, bo nie wyobrażam sobie robienia pyzów tutaj.
A do Poznania jedziemy już wkrótce, bo 12ego marca, więc... pewnie na jakiś obiad też pójdziemy:) Mam nadzieję, że mu się spodoba moje miasto:)

Właśnie pojechał do pracy, dzięki czemu miałam czas na zebranie myśli (w jego obecności jakoś kiepsko mi idzie myślenie;p)i napisanie tego posta:)

Ach i jeszcze o moim śnie wczorajszej nocy:
braliśmy ślub, mistrzem ceremonii był jakiś mój kumpel (tylko nie pamiętam jaki:O), a działo się to w Pradze (!!!:o).

W pracy mnie wkurz szkolenie - jest do dupy, tak jak trenerka. Najgorszy trening w moim życiu - dobrze, że mam doświadczenie, bo nie byłabym w stanie załapać bluesa...

Kumpela odwołała wyjście sobotnie, więc zaoszczędzę trochę kasy (jeśli nie pojadę na zakupy ciuchowe...) i zajmę się słodkim lenistwem, oglądaniem filmów i czytaniem. Może też na jakiś dłuższy spacer się wybiorę... zobaczymy, do soboty daleka droga:D
To się napisałam...:D

PS: A będąc przy sporcie - Waterford nareszcie wygrało z Kilkenny w hurlinga:))) Udało im się oskórować koty (Koty to przezwisko drużyny z Kilkenny ze względu na żółto czarne koszulki), hehe:D

4 komentarze:

  1. "300" na blue ray, wow!!! zazdroszcze :) u nas wiosna za oknem, mam nadzieje na 12-go bedziecie mieli fajna pogode, a jak Poznań zawali to wpadajcie śmiało do Wrocka x Aneta

    OdpowiedzUsuń
  2. "X Files" uwielbiam.Międzynarodowe związki są zdecydowanie ciekawsze niż mononarodowe. Zab chyba jest z księżyca, więc tez na nudę nie narzekam kulinarną. Czasem mnie wpienia bo twierdzi ,że on się odżywia a ja ...jem. Megaloman. Pa! Zaba

    OdpowiedzUsuń
  3. A gdzie flaki w tym menu i polska wódka, tudzież Lech lub inny nasz browarek?

    OdpowiedzUsuń
  4. Polska wódka byla przy meczu!!!:p Flaków i wszelakich podrobów organicznie nie znosze, wiec ich nie bedzie:p
    Browarek polski sam kupuje nam od czasu do czasu. Bo tu sa jeszcze inne interesujace mnie browarki, np. z Czech, bdb...

    OdpowiedzUsuń