Do Glendalough jedzie się od nas przez miasteczko o najdłuższej nazwie w Irlandii: Newtownmountkennedy:

A potem ląduje się w okolicznościach przyrody, mniej więcej takich (pogoda piękna nie była, ale miało to swój urok):

Takie chodniki prowadzą przez podmokłe łąki wokół jezior:

Chciałam się dostać na tę środkową górę:


Jak widać, wiosna powoli i z ociąganiem budzi się do życia:

Kevin miał niezły widok z wyra, trzeba przyznać. Nie wiem tylko, czy to prawda, czy irlandzkie poczucie humoru:


Ścieżka do celu, zwana formalnie 'Drogą Górników':

Iro-celtyckie Machu Picchu, czyli osada górnicza w dolinie:





Niezłe kamloty...

Potok zasilający jeziora:



I kiedy dotarłam już na 'siodło', czyli tam, dokąd chciałam dotrzeć, pstryknęłam kilka fotek, obiecałam sobie przyjść tu w cieplejszych okolicznościach przyrody, z MMŻ. Bo chyba całego szlaku w życiu nie przeszedł, więc dostanie szansę;p:

Mostek nad potokiem:

I z powrotem na łąkach:

Jak dla mnie, to taki penisowaty kształt ma ta wież;p

Na parkingu - wiosna w pełni:

Wycieczkę zakończyłam wciągnięciem donera z budki, pociągnęłam z flaszki ice-tea i po małych zakupach w tesco, wróciłam do chaty i kontynuowałam czytanie książki, a chłopaków zostawiłam ich ulubionemu zajęciu, czyli nudzeniu się...;p
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz