niedziela, 29 marca 2009

Glendalough po raz drugi.

Pierwszego dnia wiosny pojechałam sobie (nom, sobie sama, bo Młody i Stary się chcieli wynudzić, więc nie ciągnęłam ich ze sobą) do Glendalough na porządny trekking kilkugodzinny. Brakowało mi powietrza. W zasadzie, wciąż mi go brakuje, bo przez 8 godzin dziennie siedzę w 4 ścianach, potem przesiadam się do pudełka na kółkach, a potem znów 4 ściany. Klaustrofobii można się nabawić. A po robocie, kursie i siłowni, w zasadzie nie mam już czasu ani sił na uskutecznianie spaceru, więc muszę to robić w weekend.

Do Glendalough jedzie się od nas przez miasteczko o najdłuższej nazwie w Irlandii: Newtownmountkennedy:


A potem ląduje się w okolicznościach przyrody, mniej więcej takich (pogoda piękna nie była, ale miało to swój urok):


Takie chodniki prowadzą przez podmokłe łąki wokół jezior:


Chciałam się dostać na tę środkową górę:



Jak widać, wiosna powoli i z ociąganiem budzi się do życia:


Kevin miał niezły widok z wyra, trzeba przyznać. Nie wiem tylko, czy to prawda, czy irlandzkie poczucie humoru:



Ścieżka do celu, zwana formalnie 'Drogą Górników':


Iro-celtyckie Machu Picchu, czyli osada górnicza w dolinie:






Niezłe kamloty...


Potok zasilający jeziora:




I kiedy dotarłam już na 'siodło', czyli tam, dokąd chciałam dotrzeć, pstryknęłam kilka fotek, obiecałam sobie przyjść tu w cieplejszych okolicznościach przyrody, z MMŻ. Bo chyba całego szlaku w życiu nie przeszedł, więc dostanie szansę;p:


Mostek nad potokiem:


I z powrotem na łąkach:


Jak dla mnie, to taki penisowaty kształt ma ta wież;p


Na parkingu - wiosna w pełni:


Wycieczkę zakończyłam wciągnięciem donera z budki, pociągnęłam z flaszki ice-tea i po małych zakupach w tesco, wróciłam do chaty i kontynuowałam czytanie książki, a chłopaków zostawiłam ich ulubionemu zajęciu, czyli nudzeniu się...;p

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz