niedziela, 29 marca 2009

Bray Head i inne takie

Jak widzicie, muszę kondensować posty, bo brakuje mi czasu ostatnio na pisanie, a nawet myślenie...
W ciągu tygodnia nic ciekawego się nie wydarzyło. Miałam koszmarnego doła, zatęskniłam za domem, robotą rzygałam... poprawiło się w piątek, po wyjściu z zakładu:)))

W piątecek pojechaliśmy do polskiego sklepu (prowadzonego przez Rosjan, ale tam...;p), potem zamówiliśmy indyjskie żarcie, które popiliśmy przepysznym mołdawskim winkiem:) MMŻ rzuca palenie... więc picie jest z tego punktu widzenia lekko niebezpieczne...

A wczoraj zrobiliśmy sobie wycieczkę do Fabryki Guinnessa, a raczej muzeum. Po drodze kupiliśmy wok w chińskim sklepie, zieloną herbatę za grosze i ciastka ryżowe, za którymi przepadam z niewiadomych mi bliżej powodów:)
Oto plon foto:

Robotniczo - rolniczy Dublin, z morzem w tle:


A ten oto pan, tymi właśnie ręcyma, dzierżącymi kufelki w tym momencie, wybudował sporą część tego gmachu:

Przy okazji odkrył kilka zastosowań konstrukcji, które budował, a których funkcji nikt im nie raczył objaśnić, np. ten wodospad...

Panorama jak to panorama miasta. Trochę gór na południu, Phoenix Park na północnym-zachodzie, stadion Croke Park na Bray na południowym-wschodzie.
Nie będę się tu bawić w umieszczanie tych fotek, bo nawet nie zrobiłam:O

A dzisiaj, ponieważ od rana waliła klara z nieba... posiedziałam sobie z książką i śniadankiem na balkonie:) A potem zebraliśmy się na małe zakupy warzywno-owocowe i na wycieczkę na Bray Head, a w zasadzie wspinaczkę. Od razu mówię, ludziom bez kondycji odradzam. Jest stromo i cały czas pod górkę. Widoki są piękne, ale najpierw trzeba nad kondycją popracować:


Widok na plażę w Bray i południowe zakończenie Zat. Dublińskiej - chyba Dalkey albo Dun Laoghare:

Miało być 'no line on the horizon', ale mi się kamień wpasował;p:


Jak Giewont prawie, tylko znacznie niższy:

Widoczek na Góry Wicklow (po środku góra, którą ochrzciłam 'tits mountain', bo wygląda jak dwa cycki...).Najwyższy szczyt w oddali to Sugar Loaf:


A potem sobie pojechaliśmy na obiadek do domciu:)
Taką piękną tęczę mieliśmy za oknem zaraz po deszczu, który nie wiadomo skąd się zjawił po tak ładnym przedpołudniu:


Ciekawe, gdzie ten leprekon z tym garnkiem pełnym złota się schował...


...chyba w tych domkach na horyzoncie...;p

Taaa... a jutro znów do tyry...:/

1 komentarz:

  1. Pierwsza jestem, PIERWSZA!!!!!
    Piekne zdjecia,i muza sie z nimi kaponuje. Ja przespalam niedziele, troche popacialam 2 aniolka bo chcialam mala serie zrobic,
    2 to jest mala seria, no nie?
    ja to jestem jednak len! Moze zrob taki album na coffee table, jakis wdzieczny tytul, skromne podpisy,
    potem koniecznie kalendarz....
    mozesz mnie zatrudnic jako personalnego doradzacza!
    ciesze sie ze mialas udany weeken, w pracy koncentruj sie na planowaniu weekendu. i tak przetrwamy moja koniczynko kolejny upierdliwy tydzien.

    OdpowiedzUsuń