wtorek, 24 lutego 2009

....

Kolejny tydzień się zaczął - tydzień zawsze się zaczyna od ciężkiej harówy, a potem zwalnia w miarę zbliżania się do piątku:)
Nie przepadam za harówą, no ale co mam zrobić? W poniedziałek miałam całodzienne szkolenie z programu obsługującego HPLC, nadrobiłam pół godziny, więc w piątek będę mogła się urwać wcześniej:D Pędem na angielski, potem po zakupy po drodze, bo musiałam kupić kurczaka i porto...a musiałam, bo mi się Moje Kochanie wywaliło na grypę - też w czas, bo właśnie poszedł do pracy (nareszcie!!!... bo to naprawdę już mi działało na nerwy i zestresowana byłam). Co prawda jego praca nie jest wcale regularna, bo klientów ma kilku teraz i do tego ta grypa, więc dozuje sobie pracę. Też bym tak chciała...ale chyba jeszcze kilka lat w regularnej pracy mnie czeka, zanim się zdecyduję na krok w całkowicie inną stronę (fotografia i/lub tłumaczenia).
Więc, nawiązując już do tej kury - ugotowałam rosołek wczoraj wieczorem, więc się MMŻ raczy nim kilka razy dziennie, popychając zwiększoną dawkę witaminy C i od czasu do czasu zalewa herbatką z miodem i cytryną, jak nakazałam;p
Całą flaszkę tego nieszczęsnego porto wychlaliśmy wczoraj, poszłam spać dobrze po północy, więc możecie sobie wyobrazić moje zmęczenie tego ranka...
Wyro miałam dla siebie, bo MMŻ stwierdził, że będzie mi przeszkadzał chrapiąc i smarkając co chwila, więc spał na sofie (no powiedzcie mi, gdzie taki inny egzemplarz się znajdzie na świecie???:p).
Ciężko było dzisiaj w robocie... a z kompem miałam do czynienia, więc mnie lekko mózg już napier... pod koniec dnia - za dużo myślenia.Mam sporo tzw. Proficiency trainings do zrobienia w pracy, więc będę zajęta nieziemsko przez jakiś czas, co mi raczej odpowiada:)

Z innej beczki... znalazłam kurs japońskiego, w tej samej szkole, w której robię kurs przygotowawczy do CAE. Jest sześć poziomów. Oczywiście zacznę od pierwszego, bo od dawna nie miałam do czynienia z tym językiem, a dobrze jest zacząć się uczyć od początku po tak długiej przerwie. Więc po skończeniu CAE zajmę się japońskim:)
Irlandzki musi z konieczności poczekać na lepsze czasy, czyli także mój czas.
A propos, zadanie domowe z angola muszę na jutro zrobić jeszcze, bo nie zrobiłam na poniedziałek.

W niedzielę oglądaliśmy jakiś film Davida Attenborough i facet walnął zdanie: 'Huge Eddie is forming' - odnosiło się do jakiegoś wiru powietrza czy czegoś tam, ale nam się skojarzyło z jednym...;p Więc się uśmialiśmy jak norki, hehe....

I w zasadzie, to tyle nowości u mnie... lecę do Was na chwilunię malutką;)

PS: Zapomniałam... na RTE2 leci Lost w każdą niedzielę o 21.00. Jeśli mieszkacie w Ira i lubicie Losta, to włączcie telly o tej właśnie porze:)

6 komentarzy:

  1. No nie wiedziałam, że porto leczy z grypy! Fajne leczenie.Japoński jest spoko. Zaba

    OdpowiedzUsuń
  2. grypa prawdziwe okropienstwo, japonski chyba tez? te ich znaczki...
    ryby lubie tylko smazone i z puszki.
    chlopakow masz ladnych no i racja z tym trzymaniem ich krotko.
    Caluski

    OdpowiedzUsuń
  3. To ja trzymam kciuki za te kurusy i certyfikaty językowe Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale bym sobie pochorowała w łóżeczku, uaaaa... A nie za biureczkiem i ze stosem chusteczek i bolącym gardłem...
    Kuruj faceta skutecznie:)))

    OdpowiedzUsuń
  5. wytrawne, czy słodkie???

    OdpowiedzUsuń
  6. lubie twoje zdjecia. wpadlam jeszcze sobie popatrzec.

    OdpowiedzUsuń