poniedziałek, 5 stycznia 2009

Noworoczne wycieczki tam i z powrotem (czyli hobbit;p)

To może zacznę od początku...
Jak już doleciałam i spotkałam MMŻ, to oczywiście wszelkie głupkowate kłótnie smsowe poszły w niepamięć... wychodzi na to, że możemy egzystować normalnie jedynie, gdy znajdujemy się w zasięgu wzroku, hehe:p
Trochę czasu zabrało dojechanie do Carlow, ale w sumie było ok:) Wciągnęliśmy po donerze z Abrakebabry i do b&b:) Było fajnie, jak zawsze... szczegółów nie ujawnię;p
To było we wtorek.
A w środę, czyli w Sylwestra, wstaliśmy sobie koło południa, poszwędaliśmy się po mieście (bo ja go nie znam, a to Eddiego rodzinne przecież:D), potem do b&b znowu i trzeba się było ciutek przyszykować do wieczoru. Poszliśmy do indiańca na coś ostrego, winko było dobre nie powiem... Potem do pubu o nazwie The Barracks (nie udało mi się zrobić dobrej fotki telefonem, niestety:/). Nazwa (Koszary) wzięła się stąd, że był tam kiedyś posterunek policji. Garda się przeniosła do nowego budynku, a ten zagospodarowano na pub - spory, mówiąc szczerze. Tam spędziliśmy północ, hehe;p Potem poszliśmy do kolejnego, a potem do b&b, bo nas lekko piliło już;p
Następnego dnia... hmm... spaliśmy dużo... jedliśmy mało... miałam kaca giganta, więc zostaliśmy jeszcze na jedną noc w b&b. Wieczorem wypadliśmy tylko na spacerek, donera i pintę bulmersa w Dinn Ri. Bardzo przyjemny pub/żarłodajnia połączona z czytelnią - książki leżą na półkach, wystarczy sięgnąć (stare wydania, niektórzy połasiliby się zapewne...:/).
W piątek przeniosłam się do domu mamy Eddiego, oczywiście z moim kochaniem włącznie:)
Więc poznałam mamę - przesympatyczna staruszka! Szkoda tylko, że jakieś zapalenie ją zmogło - korzonki i te sprawy (mam nadzieję, że to nie nerki, choć wszelkie symptomy na to wskazują, łącznie z badaniem moczu...bo dzisiaj do szpitala trafiła i równie szybko ją wypisali:o)
Poznałam syna Eddiego - fajny chłopak, chyba po tatusiu ma charakter (bo matka lekko sukowata się okazuje być...). Poszliśmy na pizzę, potem na kręgle (wygrałam - szczęście świeżynki, hehe;p) i na bilard:) Muszę przyznać, że MMŻ potrafi dbać o swoich bliskich. Obserwowałam, jak zajmuje się Młodym i swoją mamą i naprawdę... nie znam człowieka, który poświęciłby swój cały wolny czas opiece nad bliskimi (w przerwach zajmował się mną przecież!).

W skrócie nt. matki Młodego, bo już trochę pisałam o niej - okazuje się być suką i psem ogrodnika. W zasadzie traktuje MMŻ jako darmową nianię, która do tego płaci za chłopaka itp. Facet nigdy się nie spóźnił, nigdy nie wymówił od zabawiania Młodego co drugi weekend, nigdy nie wyszedł do pubu z kumplami w ciągu tych kilkunastu lat opieki nad synem... A ta wredna małpa wysłała mu tekst w Sylwestra, że Senan się nudzi itp... Po oddzwonieniu do Młodego okazało się, że wszystko OK (12-13letni chłopak uwielbia być sam raczej niż z dorosłymi, którzy śledzą każdy jego ruch... pamiętam z autopsji, jako 12-letnia laseczka wolałam być zostawiona w spokoju...). Więc sucz próbuje kopać dołki, bo facetowi nareszcie się poszczęściło w życiu osobistym... Nie rozumiem takich zagrań... W tym momencie zadarła z niewłaściwą osobą!!!! Eddie tak się na nią fqrwił, że zostawił jej niewybredną wiadomość na sekretarce... jakby nie było, zniszczyła nam niezły kawał sylwestrowej nocy... I tu mała dygresja - to co zapisałam 1szego stycznia 2009:

Małe podsumowanie roku 2008 dzisiaj.

Myślę, że dostałam to co chciałam dostać w ubiegłym roku i czego życzyłam sobie po cichu w sylwestrową ciężką noc 2007/08.

1.Przeprowadziłam się do Irlandii.

2.Miałam rozwijającą pracę, w której poznałam kilka osób wartych podtrzymania znajomości.

3.Znalazłam Miłość Mojego Życia, czyli Eddiego, którego nie byłabym w stanie sponiewierać i porzucić… wiem, że to lekko toksycznie brzmi…:o

A propos Tortowskiego – najgorszą kłótnię mamy chyba za sobą. I znów, to nie ja byłam powodem tak naprawdę, to nie ja zaczęłam, w zasadzie nic nie powiedziałam tym razem, podałam kilka argumentów na spokojnie, bo wiedziałam, że mam rację.

Wydaje mi się, że mój facet nie może tyle pić ile wypiliśmy wczoraj, bo dostaje małpiego rozumu, do czego się sam przyznał dzisiaj rano. Prawdą jest, że prawie rozwalił ten związek i nie dlatego, że wyszłabym i trzasnęła drzwiami, ale dlatego, że to właśnie on chciał to zrobić i pójść do domu (bo Sylwestra spędziliśmy w Carlow, w B&B).

W życiu nie widziałam tak skruszonego i tak żałującego raniących głęboko słów, człowieka!

Bałam się, że wszystko zepsuje, że zerwiemy ze sobą i to już będzie koniec Miłości na zawsze, bo to on jest tym moim Jedynym, na którego się czeka czasami pół życia.

Nie czułam do niego nawet nienawiści, raczej żal. Poczułam się tak, jakby mi złamał serce. Czułam to nawet po obudzeniu się. Bolało. Bolało jak jasna cholera. Myślałam, że to koniec. Że będzie tak żałował tego co powiedział we wzburzeniu (niesłusznym), że tak będzie mu wstyd, że zerwiemy ze sobą…

I tak wyglądała ta noc... Wszystko doszło do normy w ciągu dnia... ale napracował się nad tym, a ja... no cóż... przyjęłam jego tłumaczenia, bo wiem, że to dobry człowiek i stres go nieźle przemaglował ostatnimi czasy. Od czwartku się starał :D Ale jest kochany i żałuje każdej głupiej kłótni. A teraz znam powody tych kłótni, więc już tak nie będzie:)))

W sobotę zrobiliśmy sobie wycieczkę po hrabstwie:) Oto największy dolmen w Europie!!!!:



W skali człowiek:budowla:)


Tył:

Bok:

A to już Oak Park Forest Park, gdzie są fajne ścieżki spacerowe, szkoda tylko, że wszystkie odnawiane na raz!!!, więc nie pochodziliśmy sobie...:/


Jeziorko:

Pałacyk:


Góry w tle (tam było słońce, u nas zimno, wietrznie i wilgotno...:/)



Kolejne miejsce spacerowe - Duckett's Grove, to zamek w pobliżu którego są ogrody (3!!!ale takie do dupy, jak Eddie stwierdził:D) i zagajnik:)





A to już blast from the past... czyli listopadowy widok na zatokę Dungarvan:)


I Gwiazdka w Poznaniu:)



Sobotę zakończyliśmy kolacją we włoskiej restauracji (z przepysznym winem z Umbrii), romantycznym spacerkiem, bulmersem w Dinn Ri i spacerkiem do domku;p A w domku jeszcze irish cream O'Mara mniaaaaaaam:D

A dzisiaj Eddie zadzwonił rano po pogotowie, bo jego mama fatalnie się czuła (dobrze, że wróciła do domu po kilku godzinach badań). Więc wstaliśmy.

Codziennie dostawałam pod nochal full irish;p na śniadanie i do tego kiełbaski+jajecznica+pomidorek+dobry chlebek z ziarnami:))) Możecie gadać co chcecie...lepiej mi nie było z nikim przedtem!!!:O:D

Oglądaliśmy mieszkania, dzisiaj (w niedzielę:O) również, w Delgany. Ładne, nowe, pierwszy najem:O Wynajmujący są zdesperowani, bo ceny spadają na łeb, a pustostany nie przynoszą zysków... nie dość, że w niedzielę agent pokazał nam mieszkania, to w ogóle nie pytał o to gdzie i czy w ogóle pracujemy!!! Desperacja totalna!!! Eddie chce jeszcze cenę najmu negocjować (mam nadzieję, że trochę spuszczą, bo patrząc w skali roku, robi się z tego niezła sumka:)).
Moje kochanie nie może się już doczekać wspólnego mieszkania... ja też!!!:D Sprawdziliśmy odległość do mojej firmy i okazuje się, że to tylko pół godzinki jazdy przez piękne okolice:)
Nasze mieszkanie znajduje się na 3cim piętrze... z widokiem na morze!!!:O:D Do tego mamy balkon, więc wiosenno-letnie śniadanka weekendowe będziemy odbębniać romantycznie na dworze, jeśli aura pozwoli:D

A przeprowadzka już wkrótce... może za jakieś 10 dni albo niecałe 2 tygodnie... Eddie ma obejrzeć jeszcze kilka mieszkań w tygodniu, więc jeśli będą takie same, ale w narożniku bloku (przeszklone ściany w salonie:O) i taniej (może się uda!), to już wkrótce się wprowadzamy:)))
A do tego czasu... hmm... telefony będą ciężko pracować, bo przyszły weekend wypada na Młodego, a w tygodniu trochę trudno znaleźć czas... dla mnie to kosztowne (jazda do Dublina i z powrotem), a dla Eda niewykonalne (praca...), więc przeczekamy jakoś... chyba ostatnie kilka dni będzie musiało nam wystarczyć...a potem... już razem, hehe, więc... wiecie jak to jest...;p przestaje się doceniać tą bliskość dusz i ciał;p

A jesteśmy bardzo blisko na każdym poziomie... hmm... zaskakujące, niesamowite... nigdy wcześniej mi się takie coś nie przydarzyło:O (nawet z moim pierwszym facetem:O).

Spadam spać... pracowity dzień jutro pomimo trwających wakacji między-pracowych;p

5 komentarzy:

  1. trzymaj się i dbaj o to co ci się trafiło.

    OdpowiedzUsuń
  2. fajnie, tylko przeprowadzka to takie meczaceeeee....hi
    wszystkiego naj naj

    OdpowiedzUsuń
  3. sie zaraz wkur....napisalam komentarz a potem sie musialam zalogowac i sie poszlo rabac wszystko wrrrrrr,co cie sklonilo na przeniesienie bloga :) co.....a w Nowym Roku zycze Wam wszystkiego najlepszego,zeby sie ukladalo i zeby Was przybywalao ;) buzka

    OdpowiedzUsuń
  4. No nareszcie cos optymistycznego:)Strasznie sie ciesze ze w koncu masz swojego rycerza na bialym?koniu:)Jeszcze lepszego Nowego niz starego Roku:***

    OdpowiedzUsuń
  5. Jesu! Ależ bujna ,długa i optymistyczna nocia. Ten entuzjazm aż kipi. hehe!Niecierpliwie czekam na przeprowadzkę i wieści ze wspólnego życia. Ostrzegam,że faceci rozrzucają ciuchy i skarpetki i nie opuszczają klapy i ...eeeee tam. Bucha! Zaba

    OdpowiedzUsuń