Kolejnego dnia zaplanowałam wycieczkę do Jardin de Cactus i jaskiń Cueva de los Verdes (one nie są zielone, Verdes to nazwisko pochodzące od ludzi, którzy byli ich posiadaczami i podnajmowali piratom - muzeum piratów jest gdzieś na wyspie również, ale nie interesowało mnie za bardzo).
Jak widzicie na załączonych obrazkach, w tym ogrodzie (zaprojektowanym przez znanego już nam Cesara Manrique) rosną kaktusy i sukulenty z różnych stron świata, chociaż z tej samej strefy klimatycznej :)
Opuncje - klasyczna, jadalna zielona i purpurowa.
Widok z tarasu:
Do tego wiatraka można było wejść i zobaczyć, jak kiedyś mielono ziarno. Prawdę mówiąc, strasznie tam wąsko, nisko i ciasno, chociaż kilka osób się zmieściło :)
Mój lunch, dość klasyczny: oliwki z mojo rojo i verde, koktajl owocowy, do tego również moje ulubione papas arrugadas, które po chwili przyniósł leciwy pan kelner (w ogóle ci kelnerzy w miejscach związanych z turystyką są leciwi, za to na pewno lokalni :D)
Takie zabawne wejścia do toalet sobie porobili :D
Sztuczny kaktus przy wejściu do ogrodu:
Plantacja opuncji, po drugiej stronie ulicy, przy której znajduje się Jardin de Cactus.
Oczywiście, ze sklepiku 'dla turystów' wyszłam z pełną siatą, w której znalazły się również nasiona kaktusów. Nie chciałam zabierać ze sobą doniczkowych podrostków, bo każdy gram się liczył przy ewentualnym nadbagażu.
A oto jaskinie wulkaniczne:
Pan przewodnik - przypominał mi takiego jednego brzydala, aktora hiszpańskiego; najpierw objaśniał po hiszpańsku a potem po angielsku (tak jest również w innych miejscach, gdzie przewodnik opowiada o historii danego miejsca)
Lustrzane odbicie - ale daliśmy się nabrać (jak wszyscy turyści, którzy tam przychodzą po raz pierwszy, że to jest przepaść)
Plaża jest bardzo skalista i... pusta :O :D
Jak na całej wyspie, domki przypominają te z Maroka lekko skrzyżowane z budownictwem Ameryki Łacińskiej.
Ogródek przydomowy: na pierwszym planie winorośl, potem chyba jakieś cebulowe, a potem ziemniaki, które rosną tutaj okrągły rok.
Po tych wszystkich wojażach zrobiłam sobie dzień wolny, poszwędałam po Puerto del Carmen, zrobiłam ostatnie zakupy, powylegiwałam się na słońcu i przeczytałam nareszcie większość książki, którą ze sobą zabrałam ("Piąty Święty Żywioł" Starhawk).
W dzień odlotu pojechałam jeszcze na Playa Chica w Puerto del Carmen, popatrzeć jak sobie radzą wielbiciele nurkowania i zjeść ostatni raz moje ulubione lanzarotańskie danie (chyba najlepsze z całego tygodnia).
Jak widać, słońce nie świeci tam cały rok, zdarzają się dni pochmurne (nie wiem, czy uzbierałyby się 2 tygodnie).
Turyści karmili ryby morskie, które uwijały się w pobliżu nurków - wyglądały jak złote rybki, małe, czerwone i żarłoczne.
A potem usiadłam na ławeczce, poczytałam książkę, strzeliłam jeszcze kilka fotek i pojechałam na lotnisko. Udało mi się jeszcze kupić nasiona hibiskusa i 2 rodzajów palmy, zjeść sałatkę grecką i wytankować kielonek białego wina, a potem wsiadłam w samolot i poleciałam z powrotem na przemoczoną, zimną i wietrzną Zieloną Wyspę...
Końcówka lotu była okropnym przeżyciem - kilka dziur powietrznych w okolicach Gór Wicklow, rzucanie samolotem w każdą możliwą stronę i niesamowite lądowanie przy prawie huraganowym wietrze. Pilot dostał oklaski za mistrzostwo zawodowe. Odetchnęłam z ulgą po wyjściu z samolotu :)
W domu byłam ok. 1 w nocy i nie mogłam się ogarnąć przez kolejne kilka dni.
Od jakiegoś czasu tak mam, że wróciwszy z wakacji/ urlopu, nie jestem w stanie dojść do normy przez około tydzień, tak jakbym przeżywała jakiś szok związany z powrotem :D
A teraz dość niesmaczne zdarzenie - miałam odebrać Olka i psa 1ego stycznia. A tu nagle dostaję wiadomość, że "nie mam dla ciebie czasu. masz ich odebrać 31, bo moja matka nie będzie ich pilnować tak długo"... Uśmiechnęłam się tylko pod nosem, bo żal mi człowieka, który ma tak rozdęte ego i tak niskie poczucie własnej wartości, że odgrywa się za swoje niepowodzenia na dziecku, które widuje go rzadko, bo raz na kilka miesięcy, poza tym, że próbował odegrać się na mnie, no bo dlaczego mam mieć aż tyle wolnego, nieprawdaż? ;)
Ja sobie poradziłam. Nie planowałam wyjścia sylwestrowego, za to koleżanka z córeczką do mnie wpadła i zrobiłyśmy same Sylwka :) Była sałatka jarzynowa, ja upiekłam ciasteczka, do tego miałyśmy 2 flaszki wina z bąbelkami, bo trudno to nazwać szampanem. Jej mąż wpadł po nią, kiedy skończył pracę, przy okazji dorzucił kilka ciast, które dostał z pracy. Jeszcze załapał się na szampana - oczywiście na wynos :)
Mogę z czystym sumieniem polecić wam wyjazd na Lanzarote. Turystów jest tam mnóstwo okrągły rok, więc chyba nie ma wyraźnego sezonu wakacyjnego jak w innych częściach Europy.
Odpoczęłam, najadłam się różnych pyszności, włączając lokalne owoce i warzywa, lekko odnowiłam letnią opaleniznę, zrobiłam mnóstwo zdjęć, przejechałam ponad 500km wynajętym Renault Clio (bardzo ekonomiczne małe autko) i nakręciłam kilka filmików. Było warto :)
Angielski lub hiszpański są pomocne. W kurortach jest dużo napływowych ludzi, którzy mówią po angielsku, podobnie w miejscach związanych z turystyką (czasem znają tylko kilka słów), ale kiedy wybierzecie się na wieś, nie liczcie na angielski :) Te kilka słówek hiszpańskiego naprawdę się przydaje.
Nie mogę się doczekać kolejnej wyprawy. Pytanie tylko - kiedy?





























































Fajnie ze odpoczelas :) Myslalam kiedys o Lanzarote ale jednak z tego co widze na zdjeciach troche za pustynne jest i za malo zielone jak dla mnie. Ja teraz kombinuje jak zorganizowac wyjazd do Pugli bo wreszcie Ryanair zaczal tam latac :) Dublinia
OdpowiedzUsuńFajnie:) Włochy są za bardzo 'oswojone' w moim wyobrażeniu, takie wiesz, zaraz za zakrętem. Potrzebuję czegoś bardziej egzotycznego, a chyba o większy kontrast trudno aniżeli między mokrą i wiecznie zimną Irlandią, a pustynną i przesuszoną Lanzarote :) Szykuję się na Fuerteventurę, tam jest podobno bardziej zielono. Nie wiem tylko kiedy, za to wiem, że na pewno ;)
UsuńDzięki za ciekawą relację. Jak dla mnie, za sucho i zbyt słonecznie ale te żaby już tak mają. Niestety mam problem z dotarciem od stołu do łóżka, więc podróże juz nie dla mnie, :))
OdpowiedzUsuńBuziole!
Zaba
Podobno dzisiaj pada :o :D Ja bardziej suchy klimat lubię, z niezbędną ilością wody słodkiej - tak, żeby można było coś uprawiać do zżarcia i żeby było co pić i w czym się umyć. Irlandzka wersja klimatu jest dla mnie zabójcza, niestety - nie chcę chorować na reumatyzm na starość (tu jest mokro i zimno), nie lubię zimna i wilgoci, daleko mi do płaza, bardziej gadzinę przypominam :D :D :D
Usuńznajdziesz chwilę i pojedziesz, super ze nam pokazałaś gdzie byłaś, ale... kaktusów nie lubię, opuncji także, za to hibiscus chciałabym mieć, tyle, pozdrówko
OdpowiedzUsuńj
To raczej kwestia pieniędzy niż czasu, ale z czasem ta kasa się uzbiera ;) Zastanawiam się właśnie, kiedy posiać te hibiskusy, kaktusy i palmy, bo słońca jest coraz więcej, na parapecie coraz cieplej, aczkolwiek zmian w temperaturach nie widzę. Wciąż huśtawka. Opuncję lubię w herbacie.
Usuńpowiem którko i zwięźle, galeria wspaniała, dech zapiera
OdpowiedzUsuńDziękuje za uznanie :)
Usuń