sobota, 16 lutego 2013

Przedwiośnie...

Wiosny może jeszcze nie ma, ale już coś się dzieje;)

Jest zimno, wieje od wschodu i generalnie nieprzyjemnie wilgotno - bo tu jest wciąż wilgotne powietrze... taka dżungla inaczej...

A ptaszki drą się prawie, krokusy, szafirki i inne hiacynty powoli rozkwitają (krokusy od tygodnia kwitną jak szalone, podobnie żonkile).

Pomimo nieprzyjemnej zimnicy, wzięłam się za porządki na tarasie. Sprzątnęłam liście zalegające od jesieni, złożyłam szklarnię, do której można wejść, rozstawić sobie krzesełko i odpoczywać wśród zieleni i w ciepełku, hehe... Poprzestawiałam resztę gratów i roślinek i wzięłam się za doniczkowce.
Mango rozsadzone do osobnych doniczek, zasadziłam też pestki liczi, które już zaczęły kiełkować, obudziłam z zimowego snu 'pustynne kfiotki' - nie mam pojęcia, jak one się nazywają, mają czerwone trójkątne liście, fioletowe delikatne kwiatki i pochodzą z Południowej Afryki, takie pustynne bardziej byty.
Pozostała mi jedynie oliwka do przesadzenia i to wszystko na jakiś czas:)

Uwielbiam tak sobie grzebać w ziemi, sadzić, siać, przesadzać, a potem patrzeć jak to wszystko rośnie, kwitnie, dojrzewa, czasem daje owoce, a czasem ma po prostu piękne kwiaty. Albo... tak jak wawrzyn, ma po prostu piękne zielone liście:)))

Psu wyczyściłam budę - weszła, powęszyła, spojrzała na mnie i zamachała ogonem. Kelly nie buda;p

Olo jest zasmarkany, a dzisiaj dołączył się kaszelek. Stary się nim dziś zajmował, więc może to ma jakiś z tym związek:/

Do tego całego porządkowania dołączyłam jeszcze gotowanie skomplikowanego dania indyjskiego, bo czasem lubię zjeść ciepły obiad z zawartością strączkowych (wsypałam 5 różnych ziaren: groch zielony, żółty, soczewicę czerwoną i zieloną i do tego jeszcze jakiś żółty dal z Tajlandii, który wygląda jak mini soczewica). Zjadłam ze smakiem z pełnoziarnistą grecką pittą (:O), mam jeszcze na 2 dni chyba;)))
Do tego upiekłam chleb - miał być szybki i prosty, a był jednym z bardziej skomplikowanych...grrr.... dobrze, że jest smaczny, bo wkurzyłabym się inaczej...

Ja nie wiem, jak to jest, ale w chacie wciąż jest coś do odgruzowania, wyrzucenia itp. Teraz mam na celowniku taki mały pierdolnik na froncie, w którym teoretycznie można trzymać różne różności albo kosz na makulaturę, ale ja składuję tam niepotrzebne kartony i właśnie te kartony muszą stamtąd zniknąć, bo już mam kolejne dwa czekające w korytarzu, a czekają tam, bo nie ma miejsca w schowku...

No, to tyle pierdółek z mojego podwórka. Nic ekscytującego...:/


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz