Od czego by tu zacząć...
Dzisiaj musiałam do szpitala na badanie krwi jechać, ze względu na problemy z tarczycą, będące efektem leczenia. Wszystko ma wrócić do normy w miarę oczyszczania się organizmu z chemikaliów.
No, zobaczymy...
Olo dostał lizaka od pielęgniarek, 2e od pacjentki na kolejne lizaki i ode mnie kolejnego lizaka w polskim sklepie. Obżarł się malutki wielki ludzik. W samochodzie nie spał, tylko delektował się lizakiem z zamkniętymi ślepkami.
Zabawny jest:) Zaczepiał pana w poczekalni. Pana znałam z widzenia, bo jako pacjent tego samego oddziału pewnie wpada tam co jakiś czas na kontrolę. Pogadałam. Potem spotkałam jeszcze tą pacjentkę, od której Olo dostał 2e na lizaki. Biedaczka, ma jeszcze 7,5 tygodnia leczenia przed sobą, marznie (mi było gorąco raczej dzisiaj), boli ją po lewej stronie brzucha, kiepsko wygląda, blada, chuda i przemęczona. Jest na 48-tygodniowym leczeniu, miała już przetaczaną krew, leżała w szpitalu dwa razy i w ogóle, cieszę się, że mnie ominęły takie 'przyjemności'... Teście zapłacili za ich wakacje, więc z partnerem sobie pojadą w ciepłe strony, jak tylko skończy terapię. Oj, należy się biednej za to całe cierpienie.
A w polskim sklepie poza lizakiem, kupiłam żółty szabelek (czyli fasolkę szparagową), śliwki węgierki, parówki, sałatki, kaszki, bezalkoholowe piwo, pasztet sojowy i jeszcze kilka innych pierdółek. Naszła mnie ochota na parówki z sałatką, ale przecież dla siebie samej nie będę się bawić w krojenie sałatki jarzynowej... Jedno piwko już poszło. Chmiel mnie ciutek uśpił. Jak dawno nie piłam piwa!!! Co prawda bezalkoholowe, ale smak i tak ma podobny;) Węgierki i żółty szabel to tutaj rarytas, bo oczywiście w tym kraju nie hodują takich rzeczy. Oni w ogóle kiepsko jadają, więc nie można od nich oczekiwać zbyt wielkiej różnorodności, a zielona fasolka wychodzi mi już uszami. Renklodowe śliwki również. Czas na coś z własnego podwórka;)
W niedzielę miałam moją pierwszą sesję foto - koleżanka jest w ciąży, więc zrobiłam im sesję rodzinną z brzuszkiem. Teraz czeka mnie obróbka. Cie podobało mi się tło na kilku fotkach, więc muszę je jakoś 'rozmemłać' w PS. Nie będę tu w szczegóły techniczne wchodzić.
Sporo się nauczyłam w ciągu tej jednej sesji (teorię znam, praktyki mi brakuje:)). M.in. tego, że ciut większe od niemowlaków dzieci, są po prostu żywiołem, który jest trudno okiełznać. Co prawda, robią to, o co są proszone, ale na tyle krótko, że trzeba błyskawicznie ustawiać i strzelać. Mało jest miejsca na totalną kontrolę nad samym procesem, a za tym nie przepadam.
I tak będę musiała wejść w portrety, bo to podstawa utrzymania jest zazwyczaj, a żarcie, martwą naturę i krajobrazy zawsze można dodatkowo robić.
Kilka dni temu wkurzyłam się na moje włosy. Apogeum miało miejsce, gdy znalazłam jeden w swoim talerzu. Do sklepu po maszynkę. Potem dłuższa chwila namysłu i... jechane.
Obcięłam, wyrównałam i nawet zbieram pozytywny 'feedback':)))
Wczoraj Olo poszedł 'pod nóż', bo miał tak koszmarnie obcięte włoski, że już nie mogłam na to patrzeć (sama cięłam:p). Na początku spanikował, ale po pierwszym cięciu przestał i nawet mu się spodobało. Był bardzo grzeczny i chyba najbardziej spodobał fakt, że mamy podobne fryzury:)))
Cwaniak skomentował zaraz kolejnego dnia rano, jak się obcięłam: 'mama włosy?', hehe:)
Sporo gada, w obydwu językach, potrafi liczyć do 8 też w obu językach, rozpoznaje kilka literek, rozpoznaje też cyferki i komentuje jak "1 z dziesięciu" leci w telepudle:)
Duży jest (97cm, obwód głowy 51cm, waga ok.15kg) i mądry jak na swój wiek, ma też poczucie humoru - już kilka osób to stwierdziło i byli zaskoczeni, że ma jedynie 2,5 roku.
Ja mam tylko nadzieję, że ta inteligencja się nie rozpłynie gdy pójdzie do szkoły...
Reszta po staremu.
QiGong dodaje mi odrobinę sił i zapewne pomaga organizmowi zdrowieć, medytacja Metta Bhavana uzdrawia moje emocje i wzmacnia poczucie własnej wartości bez popadania w samouwielbienie (całkowite przeciwieństwo sensu medytacji).
ZgrEd się pojawił w sobotę rano, ale został spławiony. Miał się pojawić dzień wcześniej, a w sob miałam już plany na spędzenie dnia z Olkiem, więc powiedziałam mu, żeby zjawił się niedzielę.
Najbardziej mnie zadziwia to, że on sobie zawsze przypomina o swoich wizytach w niewłaściwych momentach, czasie i generalnie kiedy mu się podoba i kiedy już dawno nie jest potrzebny, bo skończyłam leczenie i mam znacznie więcej energii.
Przestałam się tym przejmować. Szkoda zdrowia i czasu na rozmyślania o przeszłości. Teraźniejszość jest najważniejsza, bo w niej tkwi ziarno przyszłości, a tam zazwyczaj czeka na nas coś pięknego:))) Po co więc mam sobie głowę zawracać takim baranem?
cieszę się, że masz juz lepsze samopoczucie a Olo pięknie rosnie, pozdrawiam
OdpowiedzUsuńj
Hmyy problemy z włosami to mam i ja:):) ale będzie dobrze) damy radę a zgredem nie ma się co przejmowac;)
OdpowiedzUsuńJak się cieszę, że coś nowego napisałaś i to jest takie pozytywne. Tyle w tym ciepła i optymizmu. Całusy dla Ciebie i Ola. Galex
OdpowiedzUsuńOlo ma wszystkie dobre cechy z pewnością po mamuni ;)
OdpowiedzUsuń-narobiłaś mi ochoty na węgierki!