wtorek, 8 maja 2012

Połowinki

Nadejszła wiekopomna chwila...
czyli połowa leczenia za mną!!!!:))) Nareszcie! Teraz już z górki, bo strasznie syzyfowa ta praca - zaczynają mnie stawy ciąpić nie co, a poza tym po staremu: zmęczenie totalne, lekki wqrw spowodowany ponniekąd tym i brakiem czasu na porządny odpoczynek, sucha skóra, przesuszone totalnie oczy (zakraplam w nocy z zamkniętymi powiekami, bo otwarcie ich na tym etapie byłoby co najmniej bolesne), nadal dziwnie słyszę na lewe ucho, więc bez wizyty u specjalisty się nie obędzie raczej.
Staram się za bardzo nie skupiać na tym leczeniu, żeby nie zwariować, ale nie da się go całkiem ignorować, jeśli co chwilę alarm przypomina 'weź tabletek cały worek'.  Jeszcze 14 tygodni i koniec tego koszmaru - mam nadzieję, że na zawsze.

Sforę domową zabieram na spacery nad brzegiem morza, bo nie jestem w stanie zapieprzać z wózkiem 2 godziny i przez większość czasu pchać w nim 16-kologramowe dziecko przed sobą. Olo i Kelly się wystarczająco wybiegają przez te 40minut albo i dłużej, ja się dotleniam i wszyscy są szczęśliwi. Zazdroszczę zdrowym ich kondycji i możliwości - kiedy widzę, jak ludzie z kursu latają po całym Dublinie z aparatami, jeżdżą w góry itp., to mnie krew zalewa, że ja tak nie mogę, bo nie daję rady. Pewnie, że można się zmusić, ale po jaką cholerę fundować sobie kolejne kilka dni z bólem głowy i zerowym poziomem energii - bo tak się to kończy dla mnie.

Olo podłapał coś - pewnie w małpim gaju po drugiej stronie ulicy - smarka i chrypi, a latanie w krótkim rękawku po domu, kiedy jego durny stary otwiera okna z obu stron domu raczej nie pomogły w trzymaniu zarazy z daleka - sam siedzi w swetrze. Zaprawdę, niektórym brakuje piątej klepki... Gorączki brak. Innych oznak choroby też brak, więc syropek i kropelki poszły w ruch i tyle na razie. Tak wczoraj wiało, że wolałam go nie zabierać na spacer. Może dzisiaj się uda. Byle nie padało.

Sprawy papierkowe porozsyłane, jakieś tam przychodzą z powrotem, albo mnożą się i przysyłają nowe. Nie ma tygodnia, żebym miała spokój i mogła zająć się wyłącznie swoimi sprawami, czyli np. ogródkiem, kursem, aparatem, książkami i zabawą z Olkiem i psem. Porzygać się od tego można!

A propos ogródka - dojechały do mnie śliwy węgierki sztuk 4, jedna nektarynka, jedna czereśnia, do tego 2 krzaczki winogron, figa i kiwi:))) W życiu nie widziałam, jak rosną kiwi w naturze, więc może będę mieć okazję. Poza śliwkami, nektarynką i czereśnią, reszta wylądowała w szklarence i tam będzie sobie rosnąć, podobnie jak truskawki i pomidorki. Nie wiem, co z tego wszystkiego wyniknie, bo pogoda jest kiepska jak chodzi o temperatury, słońca bardziej nie ma niż jest itp. Może w przyszłym roku się doczekam owoców, bo to młode roślinki są i już jest po kwitnieniu. Szkoda, bo miałam nadzieję na owoce tegoroczne - tak ładnie wszystko wyglądało na obrazkach w sklepie internetowym...
No nic to, wszystkiego nie można mieć, ważne że są i rosną;)
Melisa wybujała, tymianek gdzieś znikł, mięta też chyba wymarzła.
Inne roślinki na moim patio, to wrzos, dwie wisterie (i znów zapomniałam polskiej nazwy - mają od jakiegoś czasu listki, więc nie zmarzły!!!:D), klon japoński, mały wawrzyn i maciejka. Inne posiane jeszcze w marcu kwiatki nawet nie wzeszły - podejrzewam przeterminowane nasiona, ewentualnie przemarznięcie, bo tu trochę zimno przy gruncie było.

A oto pierwsza różowiejąca truskaweczka:


Za kilka dni powinna się zrobić czerwona i słodziutka. Szkoda, że te truskawki dojrzewają po kolei a nie wszystkie na raz - byłoby na jakąś smaczną tartę albo inny deserek;)

Na parapecie mam mini szlarenki z posianymi poziomkami - niedługo będą gotowe do przesadzenia:) Poziomki zeszłoroczne uległy destrukcji z 'rąk' psa i już nie odżyły po tej traumie, wobec czego musiałam posiać nowe - sadzonek się nie dostanie normalnie, chyba że w necie krążą.

O diecie nie będę się rozpisywać - ważne, że działa. Trochę dałam czadu z wypiekami ostatnio, więc musiałam wypić to nawarzone piwo, co zaowocowało brakiem wyniku w chudnięciu w ciągu ostatnich 4 dni, ale co tam, nadrobi się. A oto rzeczona tarta bananowa:


Spadam, czas znaleźć fotkę, którą mogłabym 'zreprodukować' w celach zaliczeniowych - nr 7 tym razem. Jest 11 zaliczeń łącznie, z tego co się orientuję. Nie wiem, skąd ja mam wziąć fajne świeże fotki, skoro tkwię w domu non stop - nie mam z kim zostawić Olka, a po zastrzyku czuję się najgorzej w całym tygodniu, a tylko wtedy były tu jest i zajmuje się Olkiem. Dupa blada i tyle:/



6 komentarzy:

  1. Apetycznie wygląda, i miło czytać, że jesteś w dobrej formie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratulacje połowinkowe ślę. Twardy Koziołek! I dobrze:)))

    OdpowiedzUsuń
  3. czas leci i bardzo dobrze ,że morderstwo gadziny wspaniale przebiega - pomimo.Patrzę na Olka i dech zapiera , kawał chłopa o pięknych tajemniczych ślipiach - zakaz chorowania!!!!!!!!

    Rosliny które dotarły do Ciebie zapewne juz kwitły.Hodowlane są specjalnie poganiane chemią.Zawsze się śmieję na wiosnę z kwiatów : liści niema a kwiat jak krowa.Chemia panie,chemia.

    macham popijając ajerkoniak samodzielnie

    OdpowiedzUsuń
  4. u mnie przebudowuje się ogródek z podjazdami i ogrodzeniem i jest niezła jazda. w tym roku masa roślin wymarzła,paradoksalnie do 12 grudnia nie było mrozu.

    Fajnie, że jest fajniej.

    OdpowiedzUsuń
  5. Czas jednak zapieprza skoro to już połowinki.Z górki! Nareszcie z górki. Co tam będę owijać w bawełnę: podziwiam Cię i ogromnie szanuję za życie pełną gębą "pomimo".
    Powodzenia!

    Zaba

    Kurdeeee te wyrazy do przepisania coraz to dłuzsze. Chyba się przyznam, że jestem automatem!

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo fajnie się czyta.
    Zapraszam do mnie : http://moda-sex-warkoczyki.blogspot.com
    Nowy blog o wszystkim i o niczym.

    OdpowiedzUsuń