Ptaszki śpiewają coraz głośniej i tłumniej, temperatury już nie są takie niskie (i mam nadzieję, że już nie będą, bo w zeszłym roku było cholernie zimno jeszcze 18-21 lutego...), a słoneczko świeci ciut dłużej, więc... człowiekowi powinno się lżej na duszy robić;)
Do pracy chodzi mi się nawet przyjemnie:) Zrobiłam trochę nadgodzin, które się nazywają 'flexi', a polega to na tym, że wszystko powyżej 45min (zrobione jednego dnia) dodaje się do flexi days, których można zrobić 6 w roku i odebrać, kiedy się chce. Ale jeśli Olo jest w żłobku, a ja muszę zostać (jak dzisiaj, bo jakiś debilny meeting w ostatniej chwili zwołali), to biedak robi nadgodziny, jak ja:/ Chyba był ostatnim maluchem do odebrania:( Wszystkie inne dzidzie już poodbierane dawno były:( W domu odzyskał humorek, więc zrobiło się znacznie przyjemniej;)
Życie jest pokręcone i kręci jeszcze dziwniejsze ścieżki... Miałam pojechać do Bray na spotkanie klubu fotograficznego i... okazało się, że E. pracuje dzisiaj do 21, więc sobie nie pojechałam:( Wątpię, czy tam się zjawię do marca... bo E. został poproszony o pracę codziennie przez kilka tygodni, a potem prawdopodobnie wezmą go na stałe (mam nadzieję, że już nie na zasadzie 'kasa w łapę', tylko normalnie, z ubezpieczeniami itp.). Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, tyle że mnie już wkurza ta nieprzewidywalność jego poczynań. Dwa weekendy się gimnastykowałam, żeby zrobić głupie zakupy, bo Olo był chory, przyszły weekend będzie podobny, bo będę musiała go ciągać po sklepach, co się wiąże raczej ze zniecierpliwieniem dziecka i znudzeniem przy trzecim sklepie:/ Julie chce przyjechać, poniańczyć Olka, ale ja dobrze wiem, że z nią nie zostanie, bo już zapomniał, kim jest! W żłobku był płacz i na pożegnanie i na powitanie, bo znów poszło o 'jak ty mnie śmiałaś zostawić?!'. Z moją siostrą został dopiero po kilku dniach i to w wózku, żeby się nie wpadł w spazmy, jak te latem... Naprawdę, trudno jest mi cokolwiek zorganizować, żeby nie musieć myśleć o tym, że muszę być na czas itp... Męczące to jest i naprawdę zazdroszczę ludziom, którzy mieszkają w pobliżu rodziny, mają babcie (choćby tylko jedną) pod ręką, albo innego członka rodziny, w razie czego do popilnowania dziecka. My tak nie mamy i czuję się lekko uwiązana.
Pewnie, że nie muszę się przejmować jęczeniem Olka w czasie zakupów itp., ale nie jest łatwe ignorowanie jego marudzenia, kiedy się kieruje samochodem...:/ Staram się, ale potem mam wyrzuty sumienia:/
Nom, to wyrzuciłam z siebie trochę w końcu.
PS. Od soboty ciągnie się za mną jakieś zapalenie gardła. Leczę się jak umiem, nie mam już kasy na to, żeby konował mi powiedział to samo i zapisał syropek. Suche, klimatyzowane powietrze w pracy nie pomaga, ale mam dość siedzenia w domu i chciałabym coś robić w pracy już, więc wolne chorobowe sobie podaruję. I tak mam wizytę w szpitalu w poniedziałek, więc i tak mnie nie będzie w pracy.
Też chcę wiosnę, a nie te wstrętne minusy, brrr.
OdpowiedzUsuńA tymczasem siedzę w tabelkach i opisowych ustaleniach tyrowych, eh...
Ja swoje odchorowalem.Co do wiosny, to chocby i jutro moze przyjsc.
OdpowiedzUsuńA mnie wsio rawno! Wiosna, czy inna cholera ale wam jej życzę. Nie wiedziałam, że Olcio taki uparciuch i nie chce z innymi zostawać. To poważne utrudnienie.
OdpowiedzUsuńZaba
No wiosna, wiosna, bo juz pająki grasują mi po aucie
OdpowiedzUsuń