Co prawda, już znowu Czarna Dupa się pojawiła wczoraj przede mną na horyzoncie, ale się nie dałam tak do końca.
Wkurzyli mnie w obydwu szpitalach. Ten, do którego się chciałam przenieść, rzekomo transferów nie robi, a ten w którym jestem, ma generalnie wszystko w dupie. Nie zawiadomili mnie (a powinni po moim drugim badaniu krwi) o tym, że mieli za mało próbki, odwołali moją wizytę w tym tygodniu i nie podali terminu zastępczego (a kartę trzeba mieć wypełnioną, żeby dostać kasę potem...), nie oddzwonili ani nie napisali, jak wypadły wyniki na cukrzycę ciążową, a powinni to zrobić w tym tygodniu również. Czuję się, delikatnie mówiąc, pominięta. Poskarżyłam się Tortowskiemu. Nareszcie męską decyzję podjął i powiedział, że w poniedziałek rano zadzwoni do nich i im tam powie kilka słów, a w zasadzie, będzie chciał rozmawiać z menadżerem szpitala. I dobrze, nareszcie się zajął tą sprawą. W końcu, nie tylko ja jestem w ciąży, tylko obydwoje!!! Może nareszcie to do niego dotarło...
Psy jak psy, sporo się ostatnio bawią gumowym kurczakiem i skarpetą, jak zwykle zamiast się podzielić, to zabierają sobie spod mordy i potem są psie kłótnie.
Ostatniej nocy spały z nami. Zachowywały się jak cywilizowane psy i, jak przystało na takie, poszły się załatwić do ogródka rano, po obudzeniu się. Co 2 godziny je wypuszczam, tak jak zalecają w książkach i nagle problem znika:) Zrobią swoje, zostają pochwalone, a potem już łatwiej je przekonać do tego. Kelly jest oporna strasznie, ale to przez jej intelekt... lekko niedorozwinięty;p Rana Molly goi się 'jak na psie'. Antybiotyk robi swoje, okłady z miodu też:) Zaczęła używać tej nóżki, więc powoli można mówić o sukcesie:) Do Gwiazdki powinno się wszystko ładnie zagoić:) Chyba już nie odczuwa bólu, bo wczoraj na noc nie dostała syropu przeciwbólowego i wszystko było ok:)
Wizyta smarkacza przebiegła na luzie, tylko dlatego, że mam na to zwis. House leciał w tv, młody się zajął kompem, a stary miał nerwa, jak zauważyłam. Nie wiem, dlaczego miał tego nerwa. Chyba ma dość sprzątania po naszych czworonożnych maleństwach (w końcu to jeszcze szczeniaki są...). Ale cóż, ja nie powinnam się tykać ich odchodów, bo mogę się zarazić jakimiś robalami albo innymi bakteriami, niebezpiecznymi dla maleństwa.
Dzisiaj rano też miał nerwa. Generalnie, jest spięty, jak smarkacz jest z nami. Nie wiem, dlaczego. W końcu rozmawialiśmy już na ten temat nie raz. Próbował z nim wczoraj rozmawiać o czytaniu książek, bo smarkacz na uwagę, że może poczytałby coś, bo trzeba baterię podładować, odpowiedział mu, że 'nie czyta'. Trzymałam japę zamkniętą, bo nie chcę powodować bezsensownej kłótni znowu. Nie mój bachor, nie moja sprawa. Szkoda tylko, że wybiera sobie tak doliniarskie towarzystwo - młotków, dla których fura, skóra i komóra są ważniejsze niż rozwój intelektualny i ciekawość świata... Szkoda, że nie ma normalnych zainteresowań... Ale cóż, tak go wychowali. Tortowski ma niewielki wpływ na niego, bo widzi go z doskoku, a jego matka jest po prostu głupia z natury, więc czego od niej wymagać?
Jakoś tak się w moim życiu złożyło, że unikałam towarzystwa doliniarzy i chodziłam własnymi ścieżkami. Rozwój intelektualny szedł w parze z fizycznym i idzie nadal (chociaż teraz jest utrudniony lekko;)) i mam nadzieję, że moje dzieci będą się skłaniały do dobrych ludzi i będą mieć jakieś zasady...
Mam też nadzieję, że nie będą przesadzać z alkoholem i unikną niebezpieczeństwa narkotyków, no i że nie będą palić.
A tak swoją drogą, trudno się żyje mając twardy charakter z osobą, która ma słabą wolę, a do tego trudny charakter. Kiedyś, po prostu spakowałabym graty i wyszła, a teraz? Mam ciut twardsze zasady niż większość ludzi i staram się żyć wg nich, a to nie ułatwia. Nie chcę też, żeby dziecko widywało ojca w weekendy. Naprawdę, daleko mi do kogoś, kto postawi własne dobro nad dobro własnego dziecka.
A propos robienia dobrze innym, a nie sobie, jak spostrzegła Mazureczka, myślę, że jednak robię dobrze sobie głównie:) Chciałam, żeby Tato przyjechał na święta, bo na codzień i tak czuję się zostawiona samej sobie często gęsto. Dla spokoju umysłu, rozwiązałam Problem Główny polubownie, chociaż nadal widzę, że Tortowskiego nosi i się stresuje, kiedy Problem jest u nas (tak ja wczoraj wieczorem). Nie ma sensu się martwić na zapas, bo to tylko zaśmieca zwoje mózgowe, które potrzebuję do innych spraw, jak moje kursy:)
Psy chciałam mieć i mam nareszcie:) Podchodzę do nich na luzie raczej i staram się nie być wyprowadzoną z równowagi przez nie;) Robią zamieszanie, kiedy się bawią, ale lepiej żeby się bawiły niż mają gryźć buty i broić. Przynajmniej się męczą (a energii w tych małych tyłkach mają sporo)i drzemią później, a ja mam trochę czasu na własne sprawy. Z psami jak z dziećmi i żeby nie zwariować, trzeba po prostu zaakceptować ich sposób zabawy, zachowanie itp. Tak mi się wydaje przynajmniej.
Dzisiaj jestem akurat tylko ja (z Olem w środku;p) i psiaki. Tortowski z Problemem pojechali do babci i nocują tam. I dobrze:) Przynajmniej nie będę musiała przejmować stresu od Eda... Wczoraj nie przejęłam, ale wiedziałam, że coś go gryzie. Trudno się mówi. Nie chce mówić, co go gryzie, kiedy się pytam, to już jego problem...
Ostatnio mi zarzucił, że nie byłam w nastroju. Założyłam, że on nie był w nastroju (jak w większości przypadków zresztą... smutne to,ale prawdziwe), więc zmęczenie zrobiło swoje szybciej niż chęć bzyknięcia. A że nie wykonał żadnego ruchu... w końcu facetem jest i to on powinien być bardziej aktywny, bo czasem mam wrażenie, że tylko ja jestem zainteresowana jeszcze jakimkolwiek życiem seksualnym... Potem już w ogóle nie będzie na to czasu...
Nie chce mówić, co go trapi, to niech nie mówi. Jestem zmęczona wyciąganiem takich informacji z niego. Jestem zmęczona życiem i hormonami, niedosypianiem przez ból mięśni pośladkowych, który jest spowodowany rozluźnieniem ścięgien w stawach biodrowych, wagą, która i tak jeszcze wzrośnie, bo mały rośnie przecież.
Mam przemożne wrażenie, że do niego te zmiany biologiczne w ogóle nie docierają. Nie dociera, że bolą mnie plecy po 10min spaceru, bo zmieniony punkt ciężkości powoduje przemieszczenie dysków międzykręgowych i ucisk na nerwy, nie dociera, że nie mam ochoty ani siły wsiąść w auto i jechać na basen (pewnie, że byłoby wskazane, ale nie mam siły, a w stroju kąpielowym nie wyglądam jak modelka z żurnala dla ciężarnych).
Smutno mi, bo nie słyszę, że świtnie wyglądam, że tp czy tamto mu się podoba, nie mam pojęcia, czy jakiekolwiek napięcie seksualne między nami istnieje, bo mi tego nie okazuje. Mówi, że kocha, ale co mi po słowach? Przytula, ale cóż z tego? Nie jestem dzieckiem czy psem, ale normalną kobietą z potrzebami, może nawet bardziej rozbuchanymi przez hormony ciążowe!!!
Koniec frustracji, spadam do swojego świata...
Dobrze jest czasem sobie ulżyć wirtualnie...
Rozpaliłam ogień w kominku, grzebię w utubie:)
Kilka rodzynków:
Podejrzewaliście House'a o takie rzeczy???;p
A to też Band from TV i jak na moje ucho, śpiewa właśnie Hugh Laurie:
Zawiłe to wszystko.Reasumując Twoje oczekiwania rozmijają się z rzeczywistością. Frustracje seksualne to poważny problem. Może to nic nie oznaczać a może i wszystko.Zakładam jednak wersję optymistyczną.Tzw. "docieranie się" pary zamieszkującej wspólną powierzchnię mieszkalną nie do końca jest sielanką! Hehehe!Ed nie będzie Ci się raczej spowiadał ze swoich zawirowań emocjonalnych i nie oświeci w kwestii humorów bo mężczyźni tak mają.Niczego to oczywiście nie ułatwia a brak porozumienia budzi zrozumiały niepokój.Ma nadzieję, że oboje dorośniecie. Aha! Gdyby on miał silny charakter i był samcem alfa to pozagryzalibyście się dawno na śmierć.Heheheh! Psy niedługo dorosną i spoważnieją. Będziesz jeszcze tęsknić do ich głupiutkich psot. Niestety to nie koty i do kuwety nie wsadzisz. Wiesz, co mi się w Tobie podoba? To, że piszesz tak dużo i do rzeczy, droga samico alfa! Hehehe! Tulę serdecznie wraz z zawartością! Zaba
OdpowiedzUsuńjak ja Cię rozumiem, buziam :*
OdpowiedzUsuńa ja od dziś to psów już wcale nie lubię:(
OdpowiedzUsuńPsy zanim dorosna to jeszcze troche podemoluja to i owo. Ciesz sie z ich glupoty, szkol je na madrzejsze. Wypoczywaj!
OdpowiedzUsuńPierwszy rok malzenstwa (ogolnie zwiasku stalego) bez dzieci, bez zwierzakow i "cieni" z przeszlosci jest ciezki i wymagajacy sam w sobie.
Poznawanie partnera oraz samych siebie zaplatanych w staly zwiazek,to jeszcze nic, ale zaakceptowanie drugiej osoby jak jest albo stara sie byc oraz praca nad samym soba nie jest latwe.Zwarjowac mozna i oszalec. Dlatego komunikacja, komunikacja i jeszcze raz komunikacja nas ratuje ale nie sama musi byc przytym i cieplo uczuc i zrozumienie.Trzeba sobie to ciagle okazywac, w ten sposob tez druga osoba sie tego uczy,nie musiala tego wyniesc z domu, nie musi tego miec w charakterze. Mysle jednak ze moze sie nauczyc, ale czasu trzeba wiecej.
W partnerstwie trzeba zrozumiec i siebie i partnera. Zlosc, agresja, nienawisc tylko maskuja nasza bezradnosc. Czasem tez mimo chcienia nic sie nie da zrobic bo nie mamy taki predyspozycji niczyja wina tylko genow. Tak mysle. Namieszalam co? Wiesz co olewac trzeba tez umiec tak jak mowisz i tak bede robic ile sie da to olewac bede! Jak zwykle bedzie to olewanie kontrolowane.
Ja wiedzialam ze Dr-rek jest muzykalne zwierze. Fajnie takim zdolnym byc. Zyc nie umierac.
Fajnie maja fajnie!
Zdrowka zycze.
buziaki.
Psy to inteligentne bestie ,ale i potrafią to wykorzystywać.Na przykład moja Daszeńka chciała wyjść do ogrodu bo kolegę zobaczyła,a wróciła 10 min wcześnie.Gdy nie reagowaliśmy wypiła z miski wodę i zaczęła z nią latać po chałupie trzymając w pysku,od czasu do czasu rzucając na terakotę-na parkiecie nie ma takiego efektu specjalnego.Wie szelma że picie zawsze jej nalewamy gdy sygnalizuje i dlatego podniosłam swój kadłub i chciałam to uczynić....a gdy wstałam to i do ogrodu przy okazji ją wywaliłam.
OdpowiedzUsuń