czwartek, 17 grudnia 2009

No jak można być aż tak zajętą???:O

Trochę zajęta byłam przez ostatnie kilka dni. Zaowocowało to totalnym wyczerpaniem (spałam ponad 12 godzin z przerwami z wczoraj na dziś:O) fizycznym.

Ale zacznijmy od początku:)

Poniedziałku już nie pamiętam;p

Wtorek - wizyta, pierwsza w nowym szpitalu, a w zasadzie w klinice obok, bo nie mieli miejsca, więc wpakowali mnie tam. Przemiła położna Hazel, zbadała, co miała do zbadania, obmierzyła, zważyła, wyciągnęła dane i zabookowała mi kolejną wizytę w szpitalu na środę, żebym już w czwartek się nie telepała, skoro miałam 'szkołę rodzicielstwa' na środę już umówioną.
Poszliśmy coś przegryźć, a potem do domu, psy z dworu ściągnąć i przygotować się na wyjście, bo na występ Eddiego Izzarda mieliśmy szczęście się zamówić;)

Fajne skecze facet walił, jak zwykle:) Wyglądał 'normalnie' - zazwyczaj występuje z full make-up'em i w damskich ciuszkach (a jakie zgrabne nogi wtedy wychodzą;D).



Jak sami widzicie - wygląda 'normalnie' i tak też wyglądał we wtorek:) Skecz pochodzi właśnie z tego występu (może nie dosłownie, ale ten sam program).

Ciekawy z niego człowiek - możecie sobie znaleźć więcej na wikipedii (o tym też było, hehe) i na jego stronce, a także na twiterze i fb.

Spacerkiem z samochodu i do samochodu w deszczu i chłodku, do O2 Arena. Nie powiem, fajne miejsce i w fajnym miejscu - dublińskie docklands, które jeszcze 10 lat temu nie istniały w obecnym kształcie. Nowe pomysły architektoniczne zajefajne i do tego bardzo fotogeniczne wieczorem o tej porze roku (chyba mnie czeka wycieczka wieczorna, ze statywem i sprzętem...w ramach kursu;p).

Ok. Poszłam spać koło 1, a musiałam wstać o 6. Koszmar, kiedy do tego sen z powiek spędza ten pier...y ból ścięgien i mięśni tyłka...
Tortowski jeździł, na szczęście, ze mną (podejrzewałam się o wylądowanie na drzewie w pewnym momencie tego tygodnia, gdyby nie jeździł ze mną i musiałabym sama kierować).
Zobaczył nareszcie, ile zachodu, nerwów i cierpliwości kosztuje to wszystko.

W środę, poza upuszczeniem mi sporej ilości krwi, wydali mnie w łapy lekarza (spoko, mały skośny dr Wong, ale chyba się zna na robocie;p)i kilku chaotycznych pielęgniarek. Potem musiałam jeszcze odstawić próbkę moczu (zajęło mi to 40min - samo czekanie na tą lalunię, która wtykała papierek indykacyjny do kubełka z moczem i porównywała kolorki na opakowaniu od papierków... sama mogłabym to zrobić... ), zapisać się na usg, tak jak lekarz przykazał (bo powiedziałam mu, że moja ginekolog odkryła placentę praevis... czyli, że sobie leżakowała na szyjce macicy (w 24 tyg)-mam nadzieję, że się już przesunęła, z łaski swej...) i pomaszerowaliśmy na zajęcia. Były fajnie przeprowadzone przez doświadczoną położną, z humorkiem i błyskotliwie. Powiedziała nam, że nie musimy bookować następnej wizyty, tylko po prostu przyjść po Nowym Roku, we środę.
Musieliśmy jeszcze odwiedzić mój stary szpital, żeby wydębić od nich wyniki moich badań - no oczywiście wir aktywny. Dobrze, że się cholerą ciężko zarazić. Ani drogą płciową ani przy porodzie nie można badziewia przekazać, więc jestem nieco spokojniejsza o Tortowskiego i Ola. Lekarz, który przekazywał nam wiadomość, podał nam od razu namiary na siebie i powiedział, że ma pacjentów, którzy wyzdrowieli już, a także tych w trakcie. Także matki (wcześniej niż 6 miesięcy po porodzie nie należy zaczynać kuracji), więc spoko.
Do dzisiaj nie wiem, jak mogłam gówno złapać. Najprawdopodobniej przez jakiś piercing, bo zmęczenie, które jest objawem, dopadło mnie tak około 3-4 lat temu (nie wiem, który piercing mi zaszkodził), do tego wątróbka szwankowała sobie od czasu do czasu...:/
Podobno Europa Wschodnia ma wysoki wskaźnik wira, ze względu na historyczne konotacje, problemy w służbie zdrowia (szklane strzykawki wielorazowego użytku, zamiast plastikowych, które były dość wcześnie wprowadzone do powszechnego użytku w Zachodniej). Gdybym nie była z PL, to pewnie zakwalifikowano by mnie jako ćpunkę... bo w Ira to jest główna droga przenoszenia się tego wira (studia tatuażu i piercingu obecnie też, pomimo bardzo dobrych technik sterylizacyjnych:/).
Doktorek powiedział, żeby się nie stresować, bo to nie jest śmiertelna choroba (przynajmniej nie tak od razu, bo można marskości wątroby dotać pod koniec życia albo przy ciężkim chlaniu), zakazić bliskich jest bardzo trudno i przede wszystkim, jest wyleczalna.Tylko muszę poczekać na to leczenie ze względu na ciążę, poród i karmienie. Potem powinno pójść gładko i fantastico.
Na mnie te wieści i tak już nie zrobiły wrażenia, bo przyzwyczaiłam się do myśli o leczeniu, a przedtem o oszczędzaniu wątróbki, jak tylko się da. Ale Tortowski mi się prawie w domu popłakał, stwierdził, że nie mógłby żyć beze mnie i nie chce, żebym po jakimś durnym przeszczepie umarła z powodu komplikacji.
Nom, wrażliwy facet z niego i daleko wybiegł z tym wszystkim. Ale przynajmniej będzie miał powód, żeby nie chlać na umór... bo ja też nie będę mogła, żeby zaoszczędzić trochę zdrowia.
Tym mnie rozbroił:) Tak jakoś normalnie się zrobiło od kilku dni. Może wyluzowałam, a może jakieś hormony przestały działać nareszcie.

Uperdliwe są dla mnie: zgaga, bóle mięśni i ścięgien w biodrach w nocy, ból pleców i miednicy przy spacerach, lekka ociężałość i coraz większy brzuch, przez który nie mogę powoli się schylić po cokolwiek:p Pamięć mi szwankuje na maksa i jestem zmęczona - zasypiam koło 20, oglądając film, a potem się budzę na godzinkę koło 21.30 i idę spać, powiedzmy że do rana (zależy od tych cholernych bioder... czy mnie obudzą czy nie).

Dzisiaj miałam luzik za to:) Wzięliśmy jedynie psy na spacer. Nadal uczą się chodzić na smyczy, nadal mają fiu bździu w główce i czasem szwankuje im rozumek. No cóż, może wyrosną z tego. Wczoraj Tortowski je wykąpał, bo były CZARNE, po spędzeniu połowy dnia w ogródku. Można je ze spokojem zostawiać tam na dłużej ze względu na grubą sierść i wariacki temperamencik.
Rana u Molly prawie już całkowicie się zabliźniła - został centymetrowy kawałeczek ze strupkiem, ale na wszelki wypadek ma nadal klosz założony (bo ostatnio cały strup był zerwany, kiedy zostawiliśmy jej wolną wolę...). Szkoda, że tak mało używa tej nóżki. Może z czasem zacznie, bo podejrzewam, że to bolesny i długotrwały proces jest - gojenie się całego stawu po mechanicznym starciu:/

To się napisałam. Wracam do mojego kursu.

Zostało mi około 9 tygodni wolności, więc muszę się sprężyć jakoś... To tak niewiele czasu...:O

PS: podejrzanie dużo pieniędzy dała mi firma:O ale jakiż wielki banan na mojej facjacie się pojawił:D ostrożnie jednak będę korzystać z tych dóbr, bo nigdy nie wiadomo. Może to bonus świąteczny, a może połowa wypłaty za styczeń już. Cholera ich wie. Ale ładnie taka sumka na koncie bankowym wygląda, nie powiem...ech... gdyby tak co miesiąc było:D

4 komentarze:

  1. Dużo i wyczerpująco. Tak jak zaby lubią najbardziej. iesz. tak sobie dumam, ze teraz trudno ci spać ze względu na bóle i takie inne a za te 9 tygodni, które zlecą jak wiatr, nie będziesz dosypiać za sprawą spadkobiercy. Pozostaje mieć nadzieję, że trafi Ci się egzemplarz w miarę leniwy. heheheheh! Kobity opowiadają jak to nic to, bo tak je szczęscie przepełniało. Ja tam pamiętam raczej rozpacz, kiedy smark ryczał do umarcia a ja nie wiedziałam jak mu pomóc i budziły się w końcu we mnie mordercze i samobójcze myśli a nie słodkopierdzące kawałki.Brrr! Sorry! Kazdy dzieć jest inny i nie każda mamuska tak jak ja załapie się na wszystkie mozliwe , dupne, syndromy poporodowe. heheheh! Pa ciężarówko droga! Zaba

    OdpowiedzUsuń
  2. kolejne dzieci już będziesz znosiła gładko :)

    OdpowiedzUsuń
  3. ależ wena słowna!
    szczerze się przyznam, że jak tak o ciążoobjawach czytam, a potem sobie pomyślę, że to i tak pryszcz i przygrywka do następnych 50 lat życia to... się w swoich przekonaniach na mur utwierdzam!
    no cooooo:)))
    i tak jak ktoś chce to ma
    a ja akurat nie, o;)

    buziaki koźlaki:)

    OdpowiedzUsuń
  4. to ja życzę co miesiąc takiego wydruku z konta bankowego.

    OdpowiedzUsuń