Taki widoczek mieliśmy z werandy, na którą wychodziło się wprost z pokoju - w tle góry, które sięgają 2500m.n.p.m, gaje oliwne, miasteczko Gouves (nasze nazywało się Kato Gouves, co znaczy mniej więcej Goves z Prawej (strony), wg mnie;p)
Widok z balkonu naszego pokoju - kolejne apartamenty po drugiej stronie, a w tle zamglone kontury M. Śródziemnego:DW Gortynie natknęliśmy się na przepiękne, wielkie drzewo oliwne:
Jeździliśmy takim autkiem:
Bardzo dobrze sprawdziło się na wertepach w okolicach Jaskini Scotino:
Trudno ją było znaleźć... Wjechaliśmy na sam szczyt sąsiadujący z jaskinią, a potem zjechaliśmy aż do krzyżówki, skąd zawróciliśmy po konsultacji instynktu i logiki z mapą i przewodnikiem,hehe. Obraz zaciemnił nam kościół, który mnie osobiście nie kojarzył się wcale z miejscem starożytnego kultu Bogini Matki Ziemi...
I tu mała dygresja... kupując ikony u pewnego sklepikarza, zapytałam się, jakie będą najodpowiedniejsze dla pań. Pan sklepikarz, niejaki Georgios odpowiedział, że dla kobiety najlepszy będzie Jezus, a dla rodziny Matka Boska z dzieciątkiem... I tak się w głębi ducha uśmiałam, bo przyszło mi do głowy, że tylko imiona się zmieniły, a bóstwa pozostały takie same...:D
Po zaparkowaniu autka, wdrapaliśmy się pod kościół i stąd dopiero zobaczyliśmy ścieżkę prowadząca nie wiadomo dokąd... Okazało się, że do rzeczonej Scotino Cave jednak.
Poprzedniego dnia wsiedliśmy w samochód i przejechaliśmy się na wschód, aż po samo Vai, gdzie znajduje się jedyna plaża w Europie, na której rosną palmy - przynajmniej wg przewodnika, a jak to jest w rzeczywistości, tego nie wiem...
Po drodze można dostać oczopląsu od samego gapienia się na zapierające pejzarze, połączenia zieleni, różnych odcieni błękitu i lekko czerwonej barwy ziemi:
Vai - plaża i okolice widziane z sąsiadującego wzgórza (zdjęcia autorstwa Eddiego - mnie już za bardzo bolały opuchnięte stopy, żeby się tam wdrapywać...:/ o aplauz dla początkującego artysty proszę:)):
Po drodze wypatrzyłam taką opuncję figową:
Szkoda, że obiekt porównawczy nie stanął w pobliżu, ale te kaktusy są naprawdę wielkie:D
Codziennie rano (a raczej przed południem;p) chodziliśmy na śniadanie do knajpki nad morzem, o wdzięcznej nazwie Island. Tam poznaliśmy Lisę właśnie i tam spędziliśmy Grecki Wieczór. Żyje sobie tam również taki oto stwór:

Bestia jest lekko zdziwaczała i wredna momentami - zamiast grzecznie się przymilić o żarcie, po prostu podchodziła i skubała swoim gigantycznym dziobem. Do tego miała kilka tików nerwowych - i wcale się nie dziwię, bo ja też bym miała mając podcięte lotki i będąc ciągle w otoczeniu ludzi...
Oto panowie tancerze z wieczoru czwartkowego - panowie dali popalić dwu anglojęzycznym turystkom. Wyjątkowo perfidnie je podrywali, gdy już skończyli występ... cóż, Grecy...
Za to tańczyli fajnie. Początkowo w tradycyjnych strojach kreteńskich, a potem przebrali się w standardowe greckie ciuchy:
Na końcu w ogóle przebrali się we własne ciuchy i wciąż zerkali na nasze sąsiadki. Biedne laski, pod koniec miały już wyraźnie zdegustowane miny:/ Szkoda, bo całkiem fajnie było i dwaj starsi panowie (Picasso i jego kumpel - tak się nam skojarzyli;p) ładnie grali:) Picasso czasem tracił harmonię i fałszował, ale co tam;p
A oto my, ja oczywiście zrobiłam minę jak, nieprzymierzając srający kot na puszczy:
Już nie wspomnę o tym, że zaczynam przypominać balonik i nie mogę na siebie patrzeć (a oglądać na zdjęciach tym bardziej...).
Po drodze do Vai, zawinęliśmy jeszcze do portu w Ayios Nikolaos, gdzie wciągnęliśmy pyszne pizze i sałatkę grecką, popijając świeżo wyciśniętym sokiem pomarańczowym. Kelnerem był pan około 50tki, który wyglądem Greka absolutnie nie przypominał...a z akcentu można było wnioskować, że to zasiedziały na Krecie Irlandczyk:D Oczywiście, nie wypadało się pytać, ale wniosek się prawie sam nasuwał:D
Taki fajny porcik, w towarzystwie plaży mają tamtejsi mieszkańcy:
Zahaczyliśmy też o plażę w Malii - koszmarek... pełno angielskich turystów, leżaków i parasolek...
Podczas naszej balangi greckiej, w czwartkowy wieczór ździebko się rozpadało (jeszcze zdążyliśmy się wygrzać na plaży!!!:O od rana) i tak już sobie padało do piątkowego popołudnia. Zażartowałam sobie, że greccy bogowie nie chcą, żebyśmy za bardzo tęsknili za ich stronami (ale i tak tęsknimy do ciepełka...:/). Wybraliśmy się więc do CretAquarium, gdzie można podziwiać naprawdę wspaniałe okazy fauny wodnej (zakaz używania flesza wpłynął ogromnie na jakość poniższych fotek).
Rybka modelka:
Rekin.....
nieźle się prezentował, szczególnie jakieś 10cm od nas, przez szybę gigantycznego akwarium...
Żółwik i ukwiał:
Mureny:
Meduzy...brrrr....ale jakże zjawiskowe:
Kolejny ukwiał, jeżowiec, rozgwiazda i inne rybki:
Ta ostatnia miała śmieszny 'dzióbek' i kilka wyrostków - na płetwie grzbietowej i mordce:)
Po wrażeniach akwarystycznych przyszedł czas na wrażenia naukowo - artystyczne i odwiedziliśmy wystawę projektów Leonardo Da Vinci.
Różnorakie projekty i eksponaty wyczerpały nas kompletnie, wobec czego wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Irlaklionu na mały spacer. Nie trafiliśmy do Muzeum Natury, za to udało się nam uciec deszczowi i w końcu złapać kilka budynków na matrycę:)
Fort portowy i port w Iraklionie:
Pan Rybak przy pracy:
Delfiny - ulubione zwierzaki Kreteńczyków, od czasów prehistorycznych zapewne, a na pewno od okresu minojskiego - pomnik na rondzie w pobliżu Fortu:
Pozostałości po Wenecjanach:
Mury miejskie, fontanna:
Kościół Św. Tytusa (Ayios Titos...w wolnym tłumaczeniu Saint Tits;p):
Na tym praktycznie skończyliśmy zwiedzanie Krety. Przejechaliśmy się jeszcze do Rethymnonu, po drodze z Gortyny, o której pisałam w poprzedniej notce, nie zdążyliśmy przejechać się natomiast na Wyżynę Lasithi, która jest zapleczem rolniczym wyspy - pogoda nam nie pozwoliła, za to zobaczyliśmy wystawy i kilka zabytków Iraklionu. Do zwiedzenia pozostała nam wschodnia i zachodnia część wyspy, bo najbardziej rozległy środek mamy za sobą:) Oczywiście Wąwóz Samaria na południowym wybrzeżu się kłania - ale nie w moim stanie i zapewne nie w przyszłym roku, z niemowlakiem na plecach...
W piątek trzeba się było spakować - smutno się zrobiło, ale cóż:( Jakoś daliśmy radę, w końcu z kranu poleciała gorąca woda, a po drugiej stronie irlandzcy smarkacze napier...li się jak stodoły i byli cholernie głośni...
Wstaliśmy o 4.30 rano, żeby dojechać na lotnisko na 5.30. Odstawiliśmy gracika na parking i stanęliśmy w kolejce do Rzeczywistości...
Dobrze, że widoki z okna trochę rekompensowały doła:
Widok na Alpy:
Oczywiście, w Ira zimno... niespodzianką było słońce:) Szkoda, że tylko trochę zniwelowało nastroje:/ Od ciepełka włączyła się nam nawet myślałka, która znów lekko przystopowała dzisiaj:/
Dodam jedynie, że poszukiwania taniej posiadłości na Krecie trwają i trwać będą. W końcu, co za różnica czy Toskania czy Kreta? Byle było ciepło, a ludzie życzliwi. Z językiem dam radę, bo aż tak bardzo trudny nie jest:)
A dzisiaj, po szaro-burym, lodowatym dniu dopadła mnie deprecha i puszczać nie chce. Jeden dzień bez słońca, spędzony w porąbanej rzeczywistości ludu pracującego i od razu nerwy puszczają...:/ Do dupy z takim życiem... wolę ciepłe wyspy greckie... ech...
Dodadam tylko, że jeśli lubicie spokój - unikajcie kurortów, bo tam spotkacie tłumy nawalonych małolatów, zazwyczaj z Wysp Brytyjskich. Kurorty są wyraźnie nastawione na pewne narodowości. Jak widać, Polaków nie uwzględniono i Polacy chyba jeżdżą tam, żeby coś zobaczyć, a nie tylko wyłożyć się brzuchem do góry na plaży, a wieczorem skonsumować kastę piwa w pobliskim barze... A propos, pierwszą osobą, którą zagadnęliśmy o nasz hotel był Polak:D Akcent coś mi nie grał, jak na Greka i te opalone okularki:D
Żarcie - tylko w małych miasteczkach i wioskach znajdziecie dobre tawerny z dobrym żarcie, unikajcie kurortów i miejsc, do których ciągną tłumy turystów, bo tam kuchnia jest mało autentyczna!!!
I to w zasadzie wszystko. Gdybym sobie przypomniała cokolwiek... na pewno dodam w kolejnym wpisie:) Spadam zapaść się w sobie...












































nosz to mnie w nerwicę wpędziłaś Madzialeno com.Nosz serca to Ty nie Masz żeby starą kobietę-czyli mnie takimi zdjęciami wspaniałymi częstować w momencie kiedy tyram jako drwal,kucharka,praczka i ta co stolec psi zbiera....
OdpowiedzUsuńProszę oszywiście klepnąć maleństwo od ciotki Dorotki
Ja zbieram stolec koci, gusiowy, jakby kto pytał.
OdpowiedzUsuńAle masz siły kobito - chyba za dwóch:)))
Tez mieszkalam w Gouves 2 lata temu przez 2 tyg. To jest miejsce dobre tylko na baze wypadowa, Krete trzeba zwiedzac samochodem. Piekne zdjecia, pozdrawiam. Dublinia
OdpowiedzUsuńDosieńka - maleństwo przesyła 'klepniaka' dla cioteczki;) Oj tam, pooglądaj sobie na zdrowie, co by Ci się lżej sprzątało;)
OdpowiedzUsuńzakrętka - daj na luz z tymi kupami, bo jeszcze się w życiu nazbierasz;)
Dublinia - dzięki za uznanie. Fakt, nie radziłabym nikomu zwiedzać wyspy autobusem. Następnym razem chyba na południe uderzymy, bo tam mniej tych ciuli, którzy jedynie nawalić się przyjechali...
piękne zdjęcia i tak jakoś miło mi się zrobiło. Może trochę dlatego, że wyżarłem troche mirableke, które zostały po zlaniu nalewki ze słojów:)
OdpowiedzUsuńuff ja może za miesiąc wykupię wycieczkę w moje wymarzone miejsce, aż mi się nie chce wierzyć, że się to uda.
Oczy napasłam! Mleczarnię masz faktycznie imponującą. Małe może być spokojne o wypas. Fotki swietne i ta kolorystyka nieba i ziemi! Podobała mi sie bardzo usmiechnięta rybka.Życzę pieknej posiadłości w ciepełku! Zaba
OdpowiedzUsuńHej Madzialeno!! Tu Polnocna :) no niech mnie drzwi scisna, jaka cudna wycieszka!!!!
OdpowiedzUsuńDzieki za maaaaaaase zdjec, musialo zjac rok ich ladowanie :D
Trzymam za ciebie / was kciuki bardzo mocno!!
Acha, ja tez sie tu znalazlam, w rodzince bloggera googlowego, moze bede zagladac i ladowac tez conieco :)
znajdziesz mnie pod emilygoragoesnorth
za ,,klepniaka" dziękuję,ale co do psychiki została zachwiana za sprawą piękności zdjęciowych.
OdpowiedzUsuńAkwarium co prawda w domie mym jest,ale donoszę że Kubeł raczej przekształcił rybki na bagienne.Ale obiecał że w nowym takim co to ma wymiary 2m x 0,5m i stoi na razie w pomieszczeniu garderobianym,będzie dużo wody.Nie jestem tylko pewna czy rybeczki dożyją do przeprowadzki
macham do gangu Madzialenowego
A ja tu chodze i kradne ile sie da, no bez przesady, ale sobie fotki wklejam na tapete potrzymam kila dni i nastepna biore. wybaczysz co??? i sie podziwia. Lubie.
OdpowiedzUsuńJedz jeszcze gdzies!!! pogapie sie.
Fajna z was para. Pasujecie do siebie, cos mi sie widzi ze do poznej starosci bedzisz mu kolki na glowie ciosac :)
A papugi to sie niegdy nie przymilaja kochanie, podchodza i zra, moja czasem londuje w srodku talerza. Taka ci u nich kultura.
Takiego drzewka oliwkowego to jeszcze nie widzialam, ale byk.
Zjadla bym cos.
Tom-nie żryj tych mirabelek tak samodzielnie!:p podziel się:p:D I powiedz, dokąd jedziesz!!! I nie zapomnij zabrać ze sobą aparatu z pojemną kartą pamięci!!!
OdpowiedzUsuńŻabcia-moja mama też miała mleczarnię ponad normę i żadna z nas nie była karmiona piersią:/ po prostu czasem nie idze...:/ koleżanka też tak miała, po cesarce:/
Północna-dawaj fot ile się da:D
Dosieńko-właśnie kupiłam większy dom dla rybek - takie 2 złote mamy:) Rybki pojechały w gości do siostry Eddiego, ale może wrócą w weekend, więc powinny być zadowolone z nowej hacjendy:D
Ellka-kradnij ile możesz, bo potem będą z prawami autorskimi:D;p wciągnij sobie sałatkę grecką -zdrowa i pożywna bestia:) ja mam cichą nadzieję taką, że my do późnej starości pociągniemy razem, bez żadnych rozwodów;)
to ja czekam przebierając kośćmi kończyn dolnych na relacje od medyka.
OdpowiedzUsuńElizka kradnie u ciebie ja rabnęłam ptaka Elizce,tego bez jaj.
palec mnie rozbolał zanim przedarłam się przez zdjęcia do komentarza,ale warto było
czekam sobie...Dośka
Eeeeeeeee ja mam nadzieje ze mnie te twoje prawa autorskie jakos omina, NO SIE MA ZNAJOMOSCI NO NIE ;)
OdpowiedzUsuńZnowu w piszczel zolwia leje.
moze i lepiej ze leje....
O wiem ty bedziesz pisac a ja ilustrowac co??
Jak mi sie nie chce pracowac.
Jak sie ma Grosiu?
Kiedy sie dowiemy czy ma ptaszka? Albo moze motylka??? he he he
Zmienie sobie dzisiaj juz tapete, moze na to drzewko oliwkowe??
Cmok.
i soooooooooooooooooo?
OdpowiedzUsuńpytanie zadała wścibska ciotka Dorotka.
Laski... uno momento, bo nie mam siły na bazgranie, a czas po tyrze przeznaczam na leżenie bykiem, bo mi się same oczy kleją i nogi puchną i generalnie czuję się do dupy i życie też takie jest...:(
OdpowiedzUsuńoj tam mnie fudencja nie jest potrzebna do radowania się.Madzialeno toć to jeść możesz a chyba oprócz słonych paluszków coś tam jeszcze zapodadzą.
OdpowiedzUsuńTy mnie Napisz co u dupologa medycznego?
odpowiadam na komentarz Ciężarnej
OdpowiedzUsuń-toć to wspaniała nowina że do dupy.Wyobraź sobie życie bez tego organu,ani usiąść,ani oddać tego co kryje się wewnątrz,ani .....
czyli życie jest piękne
OOOOO !!!!! Widać, że było super!! No to miałaś troche radości.
OdpowiedzUsuń