niedziela, 13 września 2009

Kalimera znaczy Dzień Dobry:)

Wrażenia można zawrzeć w jednym zdaniu - pięknie było:)

Co zobaczyliśmy na własne oczy, to nasze, a teraz pozostało obrobić te prawie 300 zdjęć, żeby pokazać je światu:O:D

Przepyszne żarcie, przyjaźnie nastawieni,przesympatyczni ludzie, ciepło i przyjemnie, nawet gdy zaczął padać deszcz... ostatniego dnia, więc nie było tak źle, ale wg słów naszej znajomej kelnerki Lisy (Belgijka z pochodzenia, od 5 lat żyje na Krecie), to zimno się zrobiło bardzo szybko:/ Widać, zmiany klimatyczne dosięgły także Morza Śródziemnego...:/

Przywieźliśmy trochę książek, ceramiki, posążek neolitycznej bogini płodności, którą nazywam Fat Lady - fakt, jest grubiutka i sympatyczna;) - do tego drzewko oliwne, kilka pestek do zasadzenia, kilka drobnych prezentów dla rodzinki, kilka koszulek, 2 flaszki (przepysznego!!!) kreteńskiego wina, butelkę oliwy z Gouves (gdzie mieszkaliśmy przez ten tydzień), trochę biżuterii (typowo wakacyjne bransoletki, do tego wisiorek srebrny - dwustronny topór, który był przedmiotem rytualnym minojczyków, kilka kolczyków do nosa, bo wężyk mnie już co najmniej znudził), 2 dzwonki dla zwierzaków, bo moja rodzona siostra dopytywała się o takie z Irlandii (a tu owce nie noszą dzwonków, niestety), więc to będzie dla niej taki malutki prezent:), no i dysk z Fajstos - oczywiście kopia, a nie oryginał... gdybyśmy pojechali samochodem, pewnie przywieźlibyśmy cały bagażnik ceramiki i do tego skrzynkę oliwy i 4 skrzynki wina, ale na szczęście lecieliśmy samolotem;D

Na miejscu jeździliśmy sobie małym jeepem, Suzuki Jimny. Ja sobie pojeździłam przez pierwsze 2 dni, a potem Ed się nie mógł doczekać, kiedy sobie znów on pokieruje, więc zostawiłam mu tą całą zabawę, hehe:) Grecy jeżdżą jak wariaci, ale ich samochody wyglądają lepiej niż irlandzkie, a biorąc pod uwagę ich sposób jazdy i totalne olewanie ograniczeń szybkości na drogach, wyglądają bajecznie!:D

Pierwszego wieczoru poszliśmy do knajpki, która znajdowała się niedaleko nas, jakieś 15min spacerkiem - jak się dosiadłam do sałatki greckiej, to nie odpuściłam do końca!!! Niebo w gębie!!! Pomidory o smaku pomidorów, przepyszne oliwki, reszta warzyw pełna aromatu i smaku!!! Takich warzyw w Ira się nie uświadczy, a w PL tylko w sezonie!:) Feta była też najsmaczniejsza w moim życiu:D
Generalnie, obżeraliśmy się nagminnie grecką sałatką i nadziewanymi liśćmi winogron (jesuuuuu, jakie pyszne!!!:D), do tego gyros, souvlaki (szaszłyki z mięsa i warzyw), ser saganaki (podobny do fety), i inne potrawy, których nazw nie pamiętam:/ Na słodko, tradycyjnie już ciasto czekoladowe i tiramisu, spróbowaliśmy też pączków w miodzie z sezamem i lodami (i znów jak ambrozja!!!).
Piliśmy głównie wodę i lokalne kreteńskie wino (lepszego w życiu nie piłam!), Ed zazwyczaj leciał do zaprzyjaźnionego sklepiku na przeciwko po zgrzewkę piwa dla siebie, bo ja raczej nie mogę przesadzać z alkoholem w końcu:/ Nie brakowało mi herbaty - z resztą tamtejsza woda wodociągowa jest chyba wodą morską i jest obżydliwa w smaku... nie brakowało mi mleka (za którym i tak nie przepadam), owoców (winogrona i figi wystarczały w zupełności), czy wynalazków typu take-away. Porcje były gigantyczne!!! Ceny, jak dla nas, jak za nic, a naprawdę, po uczcie składającej się z chleba, sałatki i głównego dania, można się ocielić... wcale się nie dziwię już, że Grecy biesiadują z rodzinami do późnej nocy...:)

Życie nocne nie jest bogate, nie widziałam pijanych ludzi na ulicach - jedynymi byli Ajrysze i Angole, którzy nie wiedzą jak pić i przyjechali tam jedynie w tym celu, bo alkohol jest tani jak barszcz. Z takimi ludźmi mieliśmy do czynienia w tym hotelu, w którym mieszkaliśmy (naprawdę podstawowe wyposażenie, własne żarcie, praktycznie zimna woda...).
Turyści, których spotykaliśmy byli zazwyczaj z Włoch (zorganizowane grupy), z Francji, Niemiec, Polski (dużo par z małymi dziećmi, czasem z psem:D) a jedyni Irlandczycy, których interesowało cokolwiek poza chlaniem, byli mocno po 50tce, podobnie Angole... Cóż... wychowanie zbiera swoje plony...Mam nadzieję, że moje dzieci będą miały większe aspiracje niż napier...e się co piątek i sobotę w najbliższym pubie...

Żałuję, że nie zfotografowałam żadnego z dań poza jednym - deserem lodowym, banana split:)


A wracając do miejsc, które odwiedziliśmy, to oczywiście Pałac w Knossos (jak dla mnie zbyt dużo turystów, a sam pałac zbytnio 'zrobiony', ale to wina odkrywcy, Evansa, który zrobił mu taki lifting, jaki miał w głowie - nie koniecznie, tak właśnie wyglądało to miejsce...)

Tak powinno wyglądać to miejsce po odkryciu przez archeologów:

A tak wygląda - z nadbudówkami itp.
Plac pałacowy:

Sala audiencyjna - poczekalnia:


Kolumna - też rekonstrukcja z czasów Evansa...


Fresk z bykiem, zwierzęciem kultowym minojczyków:



Trafiliśmy też do muzeum w Iraklionie/ Heraklionie, ale siadła mi bateria w aparacie po kilku fotkach. Udało mi się uwiecznić hełm minojski i figurki przedstawiające tancerzy świątynnych:


Z innych miejsc obowiązkowych dla poszukującego wrażeń turysty, zwiedziliśmy ruiny pałacu w Malii, ruin miasta w Gortynie i pałacu w Fajstos:

Malia:





Gortyna:
-bazylika Św. Tytusa (Ayios Titos)


-Teatr rzymski
-Kodeks mieszkańców Gortyny, wykuty w ścianie

-widok na kompleks teatralny

-kapliczka w ruinach bazyliki, można zapalić świeczkę:)

-pomnik filozofa (inne pomniki były bezgłowe i stały za kratkami...:O)


Fajstos:

-plac pałacowy

-komnaty króla
-widok ogólny
-miejsce znalezienia dysku z pismem, którego do dziś nie odcyfrowano


-buduar królowej
-kilka garnków - gigantów, czyli pithos


-takie widoczki mieli mieszkańcy pałacu (tylko sobie nas wytnijcie;p)



-owieczki (z dzwonkami)

-żyzna dolina poniżej pałacu

Piękne widoczki, nieprawdaż? A to nie wszystko, ale na dziś wystarczy... c.d.n....:)

9 komentarzy:

  1. Ło śnięta rodzino! Nie pojadę więc dzięki za pierwszą część reportażu. U nas tego roku pomidory były niestety do dupy a nie do sałatki. Żarełko miałaś mniam! Ciepełko i widoki i oddech przeszłych stuleci. Powrót na zimna wyspę był pewnie szokujący nieco. Przytulam. Mmmmm! Co to tak pachnie?! Aaaaa to feta, pomidory i wino!!! Hehehehehe! Zaba

    OdpowiedzUsuń
  2. Żabciu, gdybyś widziała moją rozradowaną facjatę, kiedy w Iraklionie buchnęło mi ciepełkiem w twarz, gdy wysiadałam z samolotu!!!:O:D a potem to rozczarowanie, że znów zimno i wieje, pomimo słońca, przy wysiadaniu w Dublinie... Niebo do ziemi... może mi się kiedyś uda wynieść do tego nieba;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciepełko to podstawa.
    No i wino.
    No i mięsko.
    No i sery.
    I net!
    :)))
    ps: piękne foty!

    OdpowiedzUsuń
  4. co za profesjonalna relacja z wycieczki :) pare lat temu bylismy w tych samych miejscach ale 1/10 bym nie opisała tak jak ty ;) Toni Halik cię uczył? piekne zdjęcia! ściskam- Aneta

    OdpowiedzUsuń
  5. zakrętka - jak dla mnie, to jeszcze warzywka i owoce to podstawa, a reszta może się bujać;)

    Aneta - kadź mi tak dalej, to może w końcu gdzieś jakiś reportaż wyślę:D

    Laseczki - dzięki za uwielbienie dla fot:) Ed swoje pierwsze kroki też stawiał w tej materii:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jezu jak ja sloneczka niecierpie to zeby go szlak i nie tylko.......zgadnij kot to napisal i dlaczego ;)
    Tak to ja Ell (lokiec ha ha)
    Moze ja powinnam na siebie mowic
    Ell Lokietek????
    Sluchaj juz bardzo powaznie.
    Cudne zdjecia,Cudne.
    Mam nadzieje ze za jakis czas znowu sobie gdzies wyprujecie pocieszyc sie zyciem a nam sie skapna piekne zdjecia i reportazyk.
    Wiesz ze u nas wlasnie wyszlo to lyse i paskudne. Buuu idzie na lato w morde jeza.
    Morduchna ja tu jeszcze sobie nie raz lookne na te fotaski.
    Caluje Lokietek ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. rewelacja. Boshe, ja już zapomniałem, że byłem w tym roku na jakimkolwiek urlopie.

    Pieknie i tak kulinarnie bardzo!

    OdpowiedzUsuń
  8. Oj, nadziewane liscie winogron czyli dolmady to moje ukochane danie greckie, zwlaszcza maczane w tsatsikach albo w tym rozowym dipie z kalamarow :))))) Dublinia

    OdpowiedzUsuń
  9. Dublinia - do dolmadów podawali albo jogurt albo tzatziki właśnie. Nie spotkałam się z sosem z kalmarów, ale pewnie od razu poleciałabym do w.c. z pewnym odruchem, bo zapach ryb jako jeden z niewielu lekko mnie odstręcza obecnie;p:D

    OdpowiedzUsuń