Nie udało mi się uświadczyć braku ludzi na plaży, ale dało się posiedzieć we względnej ciszy i posłuchać, co ma Matka Natura do powiedzenia.
A mówiła, że potrzebuję odmiany...



Przełom nastąpił we czwartek... ze skutkiem takim, że napisałam smsa do mojego przełożonego o 1 w nocy, czy mogę sobie wziąć wolne (flexi day, który trzeba odrobić) w piątek z powodów osobistych. Ale o tym chyba już pisałam... No dobra, po rozrywkowym piątkowym wieczorze, pojechałam na zwiedzanie okolic Sligo. W zasadzie, nigdy tego nie zrobiłam, poza kilkoma wypadami do Strandhill i Rosses Point, bo nie miałam czterokołowego wehikułu, a na dwukółce można się było lekko przeliczyć...
Zaczęłam od cmentarzyska megalitycznego w Carrowmore... nawet nie wiedziałam, że takowe isnieje!:O Po prostu ciągnęło mnie na Knockenarea'ę, a to było po drodze.
Dolmeny są datowane na około 7000p.n.e. zależnie od kręgu, bo w różnych latach je budowano:






A to widok na Górę Mojego Przeznaczenia;p, czyli Knockenarea:

Nadal nie wiem, dlaczego mnie tak przyciąga. Chyba nie przez grobowiec Królowej-Bogini Maeve...
Inne góry w okolicach Sligo:

Po drodze mijałam mnóstwo pastwisk. Stąd poniższa fotka:) Nie wiedziałam, że owieczki tak sobie po swoich mamach skaczą... ależ im te mamy pobłażają!;)
A to rzeczony grobowiec Królowej, na szczycie Knockenarea. Podobno w nocy słychać szczęk mieczy na szczycie góry....
W drodze na szczyt przyplątał się do mnie mały biały pies... Było to o tyle dziwne, że miał obrożę i wyglądał na zadbanego. Myślałam, że to psiak tej pani, z którą właśnie rozmawiałam, ale okazało się, że nie. Pytałam okolicznych mieszkańców po zejściu z góry, czy go znają, ale okazało się, że nie...
Towarzyszył mi całą drogę na i z góry... pilnował mnie, jakby mu ktoś kazał, oglądał się za mną, przybiegał po dłuższej chwili...

Widok ze zboczy Knockenarea w kierunku Gór Żelaznych:
Widok ze szczytu w stronę Strandhill:

Robienie fotek tak mnie zaabsorbowało, że zboczyłam ze szlaku i złaziłam po zboczu, gdzie tylko owieczki (i bezpańskie psy...) się szlajają... Po przejściu zbocza wyglądałam, jakbym wylazła z bagna...
Ale potem nastąpił jeszcze rajd przez las...

W końcu dostałam się do mojego samochodu... po drodze szłam trasą, którą tam przyjechałam, bo zeszłam właśnie północnym zboczem. A pies... pies wskoczył ze mną do samochodu i nie miałam innego wyjścia, jak wziąć go ze sobą w dalszą podróż.
Pojechaliśmy do Strandhill i Rosses Point. Kupiłam mu nową obrożę, smycz, żarcie, miskę. Spał jak zabity na tylnym siedzeniu.

Potem podjechałam jeszcze po kumpelę i do chaty. W sobotni wieczór zamieszkał z nami pies....

Tortowski go nie miał okazji spotkać jednak, ponieważ pies przepadł na spacerze niedzielnym w Górach Wicklow:/ Tak się zaganiał w kółko, że już mnie nie odnalazł:/
Cóż, widocznie tak miało być. Najadł się, wyspał i znów przepadł jak kamień. Nie sądzę, bym go odnalazła. Poszłam wczoraj na spacer w to samo miejsce, ale nie było najmniejszego znaku Miśka (tak go roboczo nazwałam):(
Śni mi się po nocach to zwierzę. Że znalazła go moje koleżanka z pracy i inne takie:/
Chyba jednak będziemy mieć kota zamiast psa...:(
Wczoraj miałam depresję stopnia n-ego. Wkurzyłam się, że nie możemy mieć nawet psa. Taki jest głupi kontrakt. Nieludzkie warunki. Żadnego żywego stwora...
Zaczęłam szukać domu, ale wszystko jest powyżej moich możliwości finansowych:(
I to są powody do stanów depresyjnych właśnie... brak własnego kąta, niemożność posiadania w domu zwierząt, brak perspektyw... Światełko w tunelu - zaczynam kurs japońskiego od czerwca. 1 stopień dla początkujących. Potem będzie kolejny:) I tak przez następne 3 lata lub coś w ten deseń. Przy okazji jeszcze szkoła fotografii i certyfikaty z angola...
Plany planami, a depresja swoje...
Zapuchnięta do roboty wstałam, a Tortowski się tak zmartwił moim stanem emocjonalnym, że musiał zapalić, jak byłam w pracy i nie wracałam zbyt długo, bo musiałam coś tam zrobić - chciałam zrobić i przy okazji odrobić godzinkę.
To tyle relacji w sumie... wrzuciłabym więcej fotek, ale nie widzę żadnych specjalnych:/
Jedno wiem... na problemy najlepsze jest Sligo. To jak powrót do domu...
A na Knockenarea znów pójdę, ale tym razem chcę przejść drugim grzbietem w stronę Strandhill.
PS: Dostałam mój camelbak nareszcie:) Więc m.in. dlatego wybrałam się na wtorkowy spacer po górach. Słoneczko waliło więc spoko. Nie wiem, jak dzisiejszą noc przeżyje ten biedny kejterek, bo jest zimno, leje i wieje...:(
beautiful pictures!
OdpowiedzUsuńfotki sliczne,
OdpowiedzUsuńJA CI DAM DEPRECHE!!!!!!!!!
CHOLERA!
JUZ PISZE.
no i co? zazdrościć widoków na wyciagnięcie ręki, czy cieszyć się, że mogę mieć psa, a nie mam???
OdpowiedzUsuńTrzymaj się!
Pewnie te okolice mają specjalną energię, która Ci odpowiada. Psa -włóczykija szkoda mi bardzo.Moze dlatego,że mnie też jakaś melancholija podżera chwilami. Bucha! Zaba
OdpowiedzUsuńPięknie uciekłaś w plener.
OdpowiedzUsuńZwierzaki muszą być. A koty - są boskie!
do Oddo: wstydź się! móc i nie mieć!