środa, 13 maja 2009

Podróż, nie tylko w przestrzeni.

W zasadzie powinnam zacząć od poprzedniej środy, kiedy już nie wiedziałam, co ze sobą zrobić i musiałam przez długą chwilę pobyć sama, bez ludzi wokół, bez telewizora pieprzącego głupoty, bez tego całego zgiełku.
Nie udało mi się uświadczyć braku ludzi na plaży, ale dało się posiedzieć we względnej ciszy i posłuchać, co ma Matka Natura do powiedzenia.
A mówiła, że potrzebuję odmiany...




Przełom nastąpił we czwartek... ze skutkiem takim, że napisałam smsa do mojego przełożonego o 1 w nocy, czy mogę sobie wziąć wolne (flexi day, który trzeba odrobić) w piątek z powodów osobistych. Ale o tym chyba już pisałam... No dobra, po rozrywkowym piątkowym wieczorze, pojechałam na zwiedzanie okolic Sligo. W zasadzie, nigdy tego nie zrobiłam, poza kilkoma wypadami do Strandhill i Rosses Point, bo nie miałam czterokołowego wehikułu, a na dwukółce można się było lekko przeliczyć...
Zaczęłam od cmentarzyska megalitycznego w Carrowmore... nawet nie wiedziałam, że takowe isnieje!:O Po prostu ciągnęło mnie na Knockenarea'ę, a to było po drodze.
Dolmeny są datowane na około 7000p.n.e. zależnie od kręgu, bo w różnych latach je budowano:








A to widok na Górę Mojego Przeznaczenia;p, czyli Knockenarea:


Nadal nie wiem, dlaczego mnie tak przyciąga. Chyba nie przez grobowiec Królowej-Bogini Maeve...
Inne góry w okolicach Sligo:



Po drodze mijałam mnóstwo pastwisk. Stąd poniższa fotka:) Nie wiedziałam, że owieczki tak sobie po swoich mamach skaczą... ależ im te mamy pobłażają!;)

A to rzeczony grobowiec Królowej, na szczycie Knockenarea. Podobno w nocy słychać szczęk mieczy na szczycie góry....


W drodze na szczyt przyplątał się do mnie mały biały pies... Było to o tyle dziwne, że miał obrożę i wyglądał na zadbanego. Myślałam, że to psiak tej pani, z którą właśnie rozmawiałam, ale okazało się, że nie. Pytałam okolicznych mieszkańców po zejściu z góry, czy go znają, ale okazało się, że nie...
Towarzyszył mi całą drogę na i z góry... pilnował mnie, jakby mu ktoś kazał, oglądał się za mną, przybiegał po dłuższej chwili...


Widok ze zboczy Knockenarea w kierunku Gór Żelaznych:

Widok ze szczytu w stronę Strandhill:



Robienie fotek tak mnie zaabsorbowało, że zboczyłam ze szlaku i złaziłam po zboczu, gdzie tylko owieczki (i bezpańskie psy...) się szlajają... Po przejściu zbocza wyglądałam, jakbym wylazła z bagna...
Ale potem nastąpił jeszcze rajd przez las...

W końcu dostałam się do mojego samochodu... po drodze szłam trasą, którą tam przyjechałam, bo zeszłam właśnie północnym zboczem. A pies... pies wskoczył ze mną do samochodu i nie miałam innego wyjścia, jak wziąć go ze sobą w dalszą podróż.
Pojechaliśmy do Strandhill i Rosses Point. Kupiłam mu nową obrożę, smycz, żarcie, miskę. Spał jak zabity na tylnym siedzeniu.


Potem podjechałam jeszcze po kumpelę i do chaty. W sobotni wieczór zamieszkał z nami pies....


Tortowski go nie miał okazji spotkać jednak, ponieważ pies przepadł na spacerze niedzielnym w Górach Wicklow:/ Tak się zaganiał w kółko, że już mnie nie odnalazł:/
Cóż, widocznie tak miało być. Najadł się, wyspał i znów przepadł jak kamień. Nie sądzę, bym go odnalazła. Poszłam wczoraj na spacer w to samo miejsce, ale nie było najmniejszego znaku Miśka (tak go roboczo nazwałam):(
Śni mi się po nocach to zwierzę. Że znalazła go moje koleżanka z pracy i inne takie:/
Chyba jednak będziemy mieć kota zamiast psa...:(

Wczoraj miałam depresję stopnia n-ego. Wkurzyłam się, że nie możemy mieć nawet psa. Taki jest głupi kontrakt. Nieludzkie warunki. Żadnego żywego stwora...
Zaczęłam szukać domu, ale wszystko jest powyżej moich możliwości finansowych:(

I to są powody do stanów depresyjnych właśnie... brak własnego kąta, niemożność posiadania w domu zwierząt, brak perspektyw... Światełko w tunelu - zaczynam kurs japońskiego od czerwca. 1 stopień dla początkujących. Potem będzie kolejny:) I tak przez następne 3 lata lub coś w ten deseń. Przy okazji jeszcze szkoła fotografii i certyfikaty z angola...

Plany planami, a depresja swoje...

Zapuchnięta do roboty wstałam, a Tortowski się tak zmartwił moim stanem emocjonalnym, że musiał zapalić, jak byłam w pracy i nie wracałam zbyt długo, bo musiałam coś tam zrobić - chciałam zrobić i przy okazji odrobić godzinkę.

To tyle relacji w sumie... wrzuciłabym więcej fotek, ale nie widzę żadnych specjalnych:/

Jedno wiem... na problemy najlepsze jest Sligo. To jak powrót do domu...

A na Knockenarea znów pójdę, ale tym razem chcę przejść drugim grzbietem w stronę Strandhill.

PS: Dostałam mój camelbak nareszcie:) Więc m.in. dlatego wybrałam się na wtorkowy spacer po górach. Słoneczko waliło więc spoko. Nie wiem, jak dzisiejszą noc przeżyje ten biedny kejterek, bo jest zimno, leje i wieje...:(

5 komentarzy:

  1. beautiful pictures!

    OdpowiedzUsuń
  2. fotki sliczne,
    JA CI DAM DEPRECHE!!!!!!!!!
    CHOLERA!
    JUZ PISZE.

    OdpowiedzUsuń
  3. no i co? zazdrościć widoków na wyciagnięcie ręki, czy cieszyć się, że mogę mieć psa, a nie mam???

    Trzymaj się!

    OdpowiedzUsuń
  4. Pewnie te okolice mają specjalną energię, która Ci odpowiada. Psa -włóczykija szkoda mi bardzo.Moze dlatego,że mnie też jakaś melancholija podżera chwilami. Bucha! Zaba

    OdpowiedzUsuń
  5. Pięknie uciekłaś w plener.
    Zwierzaki muszą być. A koty - są boskie!
    do Oddo: wstydź się! móc i nie mieć!

    OdpowiedzUsuń