czwartek, 16 kwietnia 2009

Connemara...i Galway:)

Wycieczkę wielkanocną w zachodnie rejony Irlandii, gdzie mówi się głównie po irlandzku (a nie po angielsku), wymyśliłam już jakiś miesiąc albo nawet półtora przed czasem:))) Chociaż raz udało mi się wypełnić plan!!!!:D
W zasadzie poszliśmy na żywioł, bo generalnie nie mieliśmy planu od czego zacząć. Plan się wyklarował po drodze. Z Dublina najłatwiej i najkrócej dojeżdża się do Galway, więc w sobotę po około 4 godzinach jazdy, wylądowaliśmy w moim ulubionym irlandzkim mieście:)
Pogoda dopisała:) Słońce waliło po oczach. Szkoda, że było tak zimno, bo byłoby (jeszcze) przyjemniej. Po zalogowaniu się w pokoju hotelowym i małym tete-a-tete;p poszliśmy na miasto. Wciągnęliśmy po donerze na deptaku i ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu wrażeń:)
Oto płyn towarzyszący wieczorowi:



A poszukiwaliśmy TEGO teatru i TEGO artysty:


Tommy Tiernan (mój ulubiony komik, jak każdy z was już zapewne od dawna wie:p) robił stand-up 36-godzinny. Swoisty maraton, z którego środki miały być przeznaczone na cele charytatywne (młodzieżowa organizacja kościelna walcząca z uzależnieniami), ale w końcu nie wiem, co się stanie z tą kasą, bo kościółkowi odmówili - norma... A Tommy dostał się za to do Księgi Rekordów Guinnessa:)))
Jak zwykle, był jedwabisty! Pomimo gadania już 29tą godzinę! W ciągu 15 minut wypił czarną herbatę, puszkę red bulla i do tego podwójne espresso!:O Był cholernie zmęczony - co można było wyczytać na twarzy, ale sypał dowcipem i tekstami, jakby to był pierwszy jego występ tej nocy.
Nie miałam odwagi wyciągać aparatu i robić mu zdjęcia... jakoś tak, niezręcznie mi było...

Ale byłam, widziałam, nawiązałam kontakt wzrokowy;p Ed też był zachwycony występem.
Ten skecz też był:



Potem poszliśmy sobie na żarcie do Indiańców - vindaloo było przepyszne. Potem kilka drinasków w pubie, a potem w taksę i do hotelu - i znów kilka drinasków... Nie pamiętam, o której poszliśmy spać, ale mój wewnętrzny budzik wskazał godzinę 9.30, kiedy się obudziłam - na śniadanie trzeba było zejść...irlandzkie oczywiście, z kiełbaskami i jajecznicą, pieczarkami i pomidorkiem:)

Po wylogowaniu z hotelu ruszyliśmy do Connemary. Można tam napotkać takie widoczki:



To 12 Pins Mountains, czyli w wolnym tłumaczeniu Góry 12 Pinezek???!!!:O:D lol

W Heritage Centre, obejrzeliśmy sobie rekonstrukcję oratorium, które służyło jako maleńki domek modlitewny daaaawno daaaaawno temu:


I wioskę złożoną z Crannogów:





Były to domki lub osady budowane na sztucznych wyspach na środku jezior, do których prowadził mostek. Taka lokalizacja miała chronić ludzi przed dzikimi zwierzętami i niepożądanymi gośćmi.

Jest tam też muzeum, w którym można obejrzeć kawałek historii tej części Wyspy oraz film o Danie O'Harze, który wraz z żoną i siedmiorgiem dzieci mieszkał tutaj w XIXw. Niestety, Wielki Głód i brak środków do życia wygnał ich do Ameryki. Żona O'Hary zmarła w czasie rejsu, podobnie jak trójka z ich siedmiorga dzieci. Dan, który kiepsko znał angielski, nie mógł znaleźć właściwej pracy, a depresja doprowadziła go do grobu. Pozostałe przy życiu dzieci oddano do sierocińców... Smutna historia, która nie była wyjątkiem w tamtych czasach...

Widok z podwórka domu O'Harów:


Kuc rasy connemaryjskiej (oryginalna mieszanka kuca i konia arabskiego!:O):


Dom rodziny O'Hara:


Osiołek stał sobie przy drodze prowadzącej z muzeum do skansenu i zajrzał nam przez okno:)


Po kilkunastu minutach jazdy wylądowaliśmy w miejscowości Letterfrack (zajebista nazwa:D), w której znajduje się centrum informacyjne nt. Parku Narodowego Connemary, restauracja, centrum edukacyjne, muzeum torfu (poważnie!) i wyjście na szlak:


Torf:


Widoki w drodze do Westport:


W Westport, po zalogowaniu się do hotelu, poszliśmy na miasto. Powiedziałabym, że po Sligo to trzecie moje ulubione miasteczko irlandzkie. Wpadliśmy do Chińczyka na kolację, a potem do tradycyjnego pubu, gdzie grała kapela dziadków, jak widać na załączonym obrazku. Dodam, że byli świetni - Robert Fripp, mój ulubiony gitarzysta, będzie zapewne wyglądał jak ten starszy pan gitarzysta w czapce, na starość:D:


I znów za dużo wypiliśmy. Ale było śmiesznie:D:D:D Tortowski zamówił sobie piwo jasne, które było tak koszmarnie nagazowane, że wyglądał jak balonik:D Ze śmiechu nie mogłam pić mojego smithwicksa...:p
Na drugi dzień, znów obudził mnie wewnętrzny zegar i świadomość uciekającego śniadania... To się zebraliśmy jakoś do kupy:p i zeszliśmy na full irish:)
A potem w drogę i kolejna część Connemary - środkowa, została przez nas obejrzana i zjechana. Na spacery nie mieliśmy zbyt wiele czasu:/




Wylądowaliśmy w Galway, bo chciałam kupić sobie Claddagh ring, bo ten stary już mi się opatrzył. Wybrałam sobie z cyrkonią w kształcie serca i kilkoma mniejszymi po bikach. Śliczny jest, muszę przyznać:) Tortowski stwierdził, że zapłaci. Chciałam pożyczyć od niego kasę, bo nie miałam cashu ze sobą, ale ten stwierdził, że to prezent:)
A potem wylądowaliśmy w pasażu handlowym, gdzie kupiliśmy dla Tortowskiego skórzane opaski na nadgarstek, maskę z drewna i bęben afrykański, w sklepie prowadzonym przez najprawdziwszą afrykańską Murzynkę (walcie się z poprawnością polityczną!:p). Zjechała trochę z ceny - uważam, że to i tak był niezły interes...

Kilka widoczków z Galway:



To czarne na tle jaśniejszych budynków, to Łuk Hiszpański (turyści są ZAWSZE zawiedzeni...:O:D):

Pogodę mieliśmy piękną, aż do Athlone, gdzie wpadliśmy do dzikich na donera (gigantyczne były - nie wciągnęliśmy w całości). A potem już mi się oczęta skleiły na dobre i ocknęłam się przy tollach na M4. Lał taki deszcz, że nie mogłam uwierzyć, że jeszcze 2 godziny temu praktycznie mogłam się opalać w Galway!:O

Przez przypadek, jeszcze w Connemarze, zatrzymaliśmy się przy TV4, która nadaje programy w języku irlandzkim:) Ciekawe, kiedy zajmę się tym językiem w końcu... Ed podłapuje polskie słówka jak na razie, hehe:)

W tyrze po staremu w sumie. Mój assay HPLC nareszcie zagrał, więc mam ten cholerny trening z głowy nareszcie... Zostałam pochwalona za całokształt ostatnich 3 miesięcy!:) Normalnie sukces, bo w poprzedniej robocie tylko na mnie psioczyli... zadziwiające, jak inne podejście do życia mają tubylcy od tych pieprzonych germańskich plemion!:O:p

Jutro piątecek... do tyry, ale spoko... mam mniej więcej plan akcji... może na siłownię po tyrze, a potem nudnawy weekend, bo znów Młody będzie. Z kumpelą muszę się zdzwonić, żeby skoro już muszę w sobotę zajechać do miasta, to przy okazji przyjemnie spędzić ten czas...

To tymczasem, borem lasem...

Good luck...

PS: Zakrętka!!!!!Komenty mi się nie dodają na Twojej stronieeeeeeeeeeee!!!! co jest grane z onetem??????????

2 komentarze:

  1. No jak sobie wyobrazilam Tortowskiego w tych opaskach, masce i walacego w tamtamy, to mi prawie szwy poporodowe poszly! ;o) Toc on calkiem przystojny, nie musisz go za maskami ukrywac ;)

    A tak na serio, to pozazdroscic wycieczki, widokow, wyzerki i ... tego no...intymnosci w hotelu ;o)

    OdpowiedzUsuń
  2. o kuuuuuuuuuuuuurde, ale fajnie!!!!

    OdpowiedzUsuń