środa, 1 stycznia 2014

Moje wielkie hiszpańskie wakacje cz.1

Dzień, kiedy po raz pierwszy w życiu miałam postawić swoją stopę na egzotycznej wysepce Lanzarote, zaczął się stresująco.

Musiałam odwieźć Olka i psa do miasta położonego 80km od nas, a droga do niego nie należy do łatwych i prostych, a wręcz przeciwnie, bo biegnie w Górach Wicklow. Alternatywa pod postacią autostrady nie wnosi nic nowego, ponieważ podróż zabiera tyle samo czasu, zużywa się więcej paliwa, bo jest dłuższa i kilkanaście kilometrów.

Po 2 godzinach wylądowałam z maleństwami w Carlow. W 10 minut uwinęłam się z ich rozpakowaniem, tłumaczeniem wszystkiego i uściskaniem robaczków.

Powrót do Wicklow był znacznie prostszy - było już jasno.

Zapytacie, dlaczego musiałam wrócić, zamiast jechać prosto na lotnisko?
Otóż ze względu na kasę. Urzędy otwierają się o 9.00 (poczta) i 10.00 (banki). Na poczcie czekali na dostawę gotówki, co kosztowało mnie kolejne pół godziny (jeśli nie więcej) straty i pewne ubytki nerwowe.

Po odebraniu należności wskoczyłam w samochód i ruszyłam na lotnisko - to był chyba jedyny raz kiedy trafiłam tam w ciągu 40 minut. Zazwyczaj zabiera mi to ok. godziny.

Szybko się odprawiłam, przeszłam przez bramkę i ze spokojem obejrzałam terminal nr 2, bo widziałam go po raz pierwszy w życiu. Wciągnęłam jakieś dobra (surowe oczywiście) w barze i powędrowałam do docelowej bramki.

Spokój ogarnął mnie dopiero w samolocie. Czytałam książkę przez jakiś czas, rozmawiałam z kobietą, która siedziała obok, a która leciała tam po raz 10-ty i to do własnego apartamentu. Poradziła, co obejrzeć i gdzie pojechać. Mój przewodnik leżał sobie w bagażu podręcznym w schowku, więc nie byłam w stanie zweryfikować tego, co mówiła.
Widoki za oknem też były piękne, bo tak się złożyło, że tamtego dnia nad Europą Zachodnią panował wyż. Obejrzałam sobie kawałek Irlandii, Atlantyku oraz wybrzeże Hiszpanii i Portugalii z lotu ptaka.

Po wylądowaniu mały stresik związany z wynajmowanym autem - 'koniec języka za przewodnika' zawsze zdaje egzamin. Potem jeszcze zaznajomienie się z samochodem, bo nigdy nie jeździłam Renault Clio, i to z kontynentalną kierownicą, hehe.

Dojechałam w końcu do mojego apartamentohotelu (nawigacja trochę namotała), zameldowałam się i w końcu mogłam rozpakować graty. Pokój, a w zasadzie małe mieszkanie (salon z kuchnią, łazienka, sypialnia) było czyste, duże i ciepłe (rano robiło się wręcz gorąco).

Zaczęłam od zwiedzania miejscowych restauracji - trafiłam na pyszną pizzę do włoskiej knajpki.
Po powrocie do pokoju zajrzałam do przewodnika, spojrzałam w internet i mniej więcej określiłam, co chcę zobaczyć następnego dnia.

Przed mieszkankiem rosła palma kokosowa (i kilka sukulentów)


Z Puerto del Carmen pojechałam przez miasto Yaiza do południowo-zachodniej części. Najpierw miasteczko Playa Blanca, w którym można kupić świeże lokalne owoce i warzywa, posiedzieć na plażach i w restauracyjkach oraz... pojeździć sobie po drogach, wzdłuż których stały latarnie uliczne, ale nie było domów :D Oto koniec jednej z takich uliczek. Wzdłuż każdej z tych osiedlowych dróg biegł chodnik i trasa rowerowa. 


Na plaży - Playa de Montana Roja, która leży kawałek dalej od Playa Blanca) - można było się natknąć na takie kopczyki :)


Na horyzoncie widoczna jest kolejna wyspa kanaryjska Fuerteventura, na którą regularnie, kilka razy dziennie kursują promy.


I oczywiście (nieczynna?) latarnia morska. Obok której stoi dużo wyższa, biała, wciąż na chodzie, prawdopodobnie nazywana Faro de Pechiguera.




Kolejnym przystankiem były Saliny Janubio, skąd pochodzą sprzedawane w prawie wszystkich sklepach lanzaroteńskich sole kąpielowe i sól kuchenna.




Kolejny przystanek to Los Hervideros, gdzie woda z piekielnym hukiem wlewa się i rozbija we wnętrzach jaskiń (wyżłobionych w skałach pochodzenia wulkanicznego).







Kolejny przystanek - miasteczko El Golfio, kiedyś zapewne mały port rybacki, teraz turystyczna atrakcja (jak wszystko na tej wyspie).
Domy na całej wyspie wyglądają podobnie i przypominają te z Afryki Północnej. Drewniane elementy są pomalowane na zielono, niebiesko lub brązowo - inne kolory domostw nie są dopuszczone, bo tak zostało ustalone pewnego pięknego dnia przez zarząd wyspy po uzgodnieniu tego z artystą Cesarem Manrique, tubylcem, który po latach artystycznej tułaczki po świecie wrócił na swoją spaloną słońcem i lawą wyspę i postanowił coś dla niej zrobić. A zaczął od ustaleń, jak powinny wyglądać miasteczka, aby przyciągnąć turystów.



Dzień zakończyłam w chińskiej knajpce (i to był błąd - nigdy nie odwiedzajcie chińskich knajp na Lanzarote - sam glutaminian sodu i nic więcej). Wino i deser były pyszne, ale danie główne przyprawiło mnie o niezłą opuchliznę, która zeszła dopiero po wypiciu litra wody mineralnej kolejnego dnia. Ten błąd z chińską restauracją popełniłam jeszcze tylko raz i powiedziałam sobie 'o nie! Nigdy więcej chińszczyzny, kiedy kuchnia włoska i indyjska jest taka niesamowita w tym miejscu!'.

Po drodze, od miasteczka, do miasteczka, od plaży do plaży itp. można podziwiać niesamowite, księżycowe widoki, ale o tym w kolejnym odcinku ;)

3 komentarze:

  1. przeczytałam , jestem kontenta ,Pisz natentychmiast ciąg dalszy

    OdpowiedzUsuń
  2. no właśnie też chcę cdn a po co ty tam jadłaś te chińszczyzny jak oni maja owoce?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ciężko tam coś normalnego zjeść wieczorem, a nie chciałam tak siedzieć sama (znowu) wieczorami, więc szwędałam się po knajpach

      Usuń