piątek, 16 sierpnia 2013

Wszystko co dobre szybko się kończy...

Z wakacji w PL wróciliśmy 31 lipca.
Tydzień się resetowałam, żeby się przystosować znowu do codziennej katorgii zwanej potocznie szarym żywotem.
Potem załatwiałam zaległe sprawy, opłaty i rozwiązywałam wszelkie problemy, które się nawarstwiły (w zasadzie znikąd) kiedy mnie tu (czyli na Irawyspie) nie było.
I, kiedy już wszystko załatwiłam, mogłam zasiąść do obróbki zdjęć i pomyśleć o tym, co w ogóle chciałabym napisać w tym poście.

Co robiłam na wakacjach?
Naprawiałam zęby, oczy, zaczęłam się uczyć nowogreckiego (jestem na lekcji 11 darmowego kursu internetowego), przeczytałam 5 książek, odpoczęłam i opaliłam się trochę. Nareszcie ktoś inny zajął się Olkiem!!! :))) Wiecie, jaka to jest ulga móc zrobić zakupy samej, odpocząć z książką w ciągu dnia, pogapić się na niebo, po prostu POŻYĆ bezproblemowo???
Jednym słowem - fajnie (było) :)

Miewam myśli o treści - pie...ę to wszystko i spadam stąd. Ale potem zaczynam się zastanawiać nad pewnymi oczywistościami i wychodzi na to, że nie mogę jednak tego zrobić. Chora sytuacja. Ale this too shall pass :)

Oto kilka fotek (było ich sporo ponad 200 w surowej wersji, a obrobiłam ponad 150).


Olo na promie

Widok z prawej burty


port w Holyhead

Drogowskaz z walijską nazwą :D

odpływamy z Dover

Polskie klimaty 

Lilie na ogródku

Pomarańczowe lilie ogródkowe

Czarnuszka

Olo na ogródku (pierwsze dni, akurat na te chłody trafiliśmy, ale potem się wyrównało ;))

Grill (ten warzywny szaszłyk to jeden z wielu moich - pycha!!!)

Wsi spokojna, wsi wesoła...

Olo w basenie

Olo szaleje z Dziadkiem w basenie

Psina na luzie :D

Kwiatki bezimienne (nikt nie potrafił podać mi ich nazwy)

Pasikonik - był gigantyczny - siedział na tarasowym suficie :)

Olo i jego taczka

Olo i Kelly bawili się jeszcze lepiej ode mnie chyba. Olo miał szeroką publiczność, sąsiadom mówił "cześć" i rozmawiał z nimi :D W ogóle, podłapał sporo słów, zdań itp. Jemu po prostu brakuje środowiska pełnego ludzi dorosłych, żeby opanować oba języki w szybkim tempie. 
Pies rozkoszował się swobodą - mogła wbiegać do domu i wybiegać na ogródek, kiedy tylko jej się zamarzyło, bo w drzwiach zamontowana jest klapka dla psiaków, żeby mogły swobodnie wychodzić. 

Było tak gorąco, że po raz pierwszy w życiu widziałam olej kokosowy w postaci płynnej bez dostępu żadnego źródła ciepła (topi się w temp. ok. 30st) :))) 

Lubię taki upał, powietrze tak fajnie otula człowieka, jak ciepły koc, ma się poczucie bezpieczeństwa i totalnego relaksu :) 

Zimno mnie stresuje. Nie lubię zimy, nie znoszę zimna (I co ja robię tu...uuu...), deszczu i innych przypadłości strefy umiarkowanej. 
W mieszkaniu mam ZAWSZE 18st, nigdy więcej, ewentualnie mniej... Nawet przy ogrzewaniu non stop (na minimum oczywiście, bo gaz drogi), temperatura jest stała i niezmienna... Żeby chociaż było 20st... Tyle dygresji.

Z nowości - ponieważ niedaleko działek jest gospodarstwo, gdzie żyje koza, a daje tyle mleka, że nie dają rady wypijać, to codziennie miałam 0,5 litra pysznego surowego koziego mleka, w sam raz do koktajlu :) Nic mi po nim nie było, zero wysypki, dziwnych sensacji żołądkowych itp. Olo oczywiście nie chciał pić mleka, bo nie i już :D

Nie przytyłam, ale też nie schudłam, za to po przyjeździe od razu mi przybyły ze 2 kg i to bez przyczyny :O Nie wiem, co jest nie tak tutaj. Woda? Dodatki do żarcia? Tyle, że jem głównie na surowo, więc jedynym dodatkiem będzie chemiczna posypka na owocach i warzywach, która najprawdopodobniej była taka sama w PL, a jednak tam nie przytyłam (a ruszałam się mniej niż tutaj...).

Obecnie żyję na sokach (plus okazjonalne żarcie lub koktajl). Spadło mi 2 kg na razie. Wiem, że będzie lepiej. W tym momencie mam dokładnie do zrzucenia 36 kg. I wiem, że da się to zrobić!!! :)))

15 sierpnia minął dokładnie rok od zakończenia chemicznego koszmaru terapeutycznego. Czuję się znacznie lepiej fizycznie (nawet w porównaniu do samopoczucia przed leczeniem), psychicznie w normie, bez wzlotów i upadków. Leczę pozostałości po chemii - trądzik różowaty (dostałam od taty krem, który jemu pomógł i właśnie mi pomaga :D Kupiła zapas, bo tutaj takich prostych rozwiązań nie mają...) i rozwaloną tarczycę (nadal biorę tabletki z hormonami, co by ją rozruszać). 
Co do tarczycy - podobno znikło mi takie 'pseudowole', które miałam od zawsze i od zawsze wszyscy myśleli, że to genetyczny spadek po mamie. A więc jestem chodzącym przykładem na to, że pomimo prawidłowych wyników miałam problem z nieaktywną tarczycą przez całe życie i prawdopodobnie stąd się wzięły wszystkie problemy związane z wagą (pomijam epizod wątrobowy, który na szczęście został wyeliminowany dzięki zeszłorocznemu leczeniu).

Jeśli po raz kolejny przyjdzie mi podróżować samochodem do PL, to przeznaczę na samą podróż ciut więcej dni, 3 lub 4. 2 dni to prawie samobój... A przejazd przez UK to masakra - z 5-godzinnej jazdy robi się 10-12-godzinna, bo robią się korki na autostradach!!! A dlaczego? Bo Angole nie potrafią używać autostrad!!! I wszyscy zasuwają najszybszym pasem!!! Paranoja... Musiałam przebookowywać prom w drodze powrotnej - dobrze, że to przewidują i obyło się bez dodatkowych strat w portfelu. 
W Europie nie było żadnych problemów i jazda szła jak po maśle. Wszyscy kierowcy, nie ważne w jakim kraju, wiedzieli gdzie ich miejsce. Francuzi, oczywiście nie za bardzo mówią po angielsku, więc francuski jest kolejnym językiem do nauki, na mojej liście języków do opanowania :)

Tyle refleksji na dziś.

PS. Z głupotek podróżnych - gdzieś w Niemczech zatrzymaliśmy się na poranną drzemkę w drodze powrotnej, na jakimś parkingu i wciąż podjeżdżały albo odjeżdżały jakieś tiry, a ja przez półsen mówię "mogliby przestać syczeć tymi wężami".
Oczywiście w spaliśmy też w normalnych warunkach, w hotelu w Folkestone Olo spał sam i biedak się stoczył na podłogę - popłakał momencik i poszedł spać dalej na szczęście. Wiem, że to nie było zabawne dla misiaka, ale dla mnie odrobinę jednak tak (sorry!):) Usłyszałam tylko 'bum' i od razu zapaliłam światło. O dziwo Olek wcale się od razu nie popłakał, tylko w momencie, kiedy się zorientował, co się stało.

PS.2.W drodze powrotnej pies był tak zrezygnowany, że się położyła i spała jak zabita przez 2 dni :) Dojechała w perfekcyjnej kondycji:) Ponieważ zlądowaliśmy w domu o 7.30 rano (w środę), to wszyscy władowaliśmy się od razu do łóżek. Ale... wyspałam się dopiero w sobotę :D

8 komentarzy:

  1. ale masz fajnego synka:) śliczne zdjęcia, mi się urlop kończy i chce mi się płakać:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słodziak jest, ale czasem trzeba na niego tupnąć:) Jest energicznym maluchem i czasem brakuje mi sił, żeby się nim zajmować na cały etat (a muszę na razie). Najgorszy jest ten pierwszy tydzień po powrocie z wakacji :D Potem znów człowiek wtłacza się w stare tory i życie pędzi dalej na złamanie karku...

      Usuń
  2. Uwielbiam , jak tak gawędzisz o tym i owym i jeszcze okrasisz fotkami. Olo bardzo urósł i zmężniał. Jak Ty wyglądasz i skąd te tony do zrzucenia, to nie wiem , bo od dawna się nie pokazujesz. Ja juz nic nie zrzucam, bo efekty jojo mnie dobiły a nie mam tyle zaparcia i motywacji co Ty , żeby dietę na stałe zmienić.Sunia wygląda na baaardzo szcześliwą!
    Buziole!

    Zaba

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieki :))) Nie pokazuję się, bo jestem gruba i nie będę wielorybów pokazywać publicznie ;) (chociaż ostatnio musiałam trochę zweryfikować poglądy na siebie, bo widziałam tak niesamowicie tęgą kobietę, że wzroku nie mogłam oderwać - dobrze, że miałam przeciwsłoneczne okulary na nosie i z daleka obserwowałam sytuację. Ta neolityczna Wenus się przy niej mogłaby schować!:D)
      Jeśli w końcu zacznę przypominać siebie z przed lat, to zapodam fotki;) Może się również odważę na zestawienie fotek sprzed i po (mam kilka sprzed rozpoczęcia ćwiczeń w grudniu '12). Zgubiłam jeden rozmiar od grudnia, ale kilogramy mam wciąż takie same:/

      Usuń
  3. Aaaa ok jesteście już nareszcie, witamy te żółte kwiatki to rudbekia, biedny Olo, ale jest fajny kawał faceta
    j

    OdpowiedzUsuń
  4. "XXw. był paskudny. Czasem zastanawiam się, czy ten XXI nie będzie gorszy... z tym wszechobecnym terroryzmem, kontrolowaniem obywateli na każdym kroku, zanieczyszczeniem środowiska (które postępuje) i groźnymi chorobami.
    buziaki" To chyba Twój tekst i zmroził mnie. A co by było gdyby Olo żyjąc w wieku XIX był jednym z tych 50% dzieciaków, które nie dożywają lat 6-ciu? Więcej optymizmu bo żyjemy w najwpanialszym ze światów, który ratuje każdego życiowego niedorajdę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z gdybania wyrosłam, jestem realistką i zbyt wiele w życiu przeszłam, żeby ze ślepym optymizmem patrzyć na świat :D Ale i tak dzięki za koment ;)

      Usuń